Fotografie Erwina Olafa w Muzeum Sztuki

Sławny i przebojowy, prowokacyjny i zbereźny Erwin Olaf przyjechał do Łodzi. Jego fotografie to nowa odmiana baroku: oto artysta po głowę zanurzony w stylu, reklamie, modzie, komercji, słowem - współczesny dandys.

Ponad setka prac Erwina Olafa zawisła w Muzeum Sztuki. To efektowne ujęcia mające coś z erotycznej sublimacji czarno-białej fotografii Roberta Mapplethorpe'a, ale i coś z zimnego, traktującego seks w kategoriach groteski i paranoi Matthew Barneya. Słowem - to doskonałe wcielenie współczesnej sztuki baroku i gdyby Rubens żył, to by się cieszył. Albo by się smucił, bo czym jest - nawet bogata - paleta farb olejnych przy możliwościach współczesnego fotografa, który, niczym się nie brudząc, gdzie chce to poszerza, gdzie indziej wydłuża i przyprawia swoim modelkom komputerowe tipsy.

W książce o nim przeczytałam, że kiedy Erwin Olaf robi plakat do jakiejś sztuki, to nigdy jej nie czyta, jeśli robi okładkę do CD, to nie słucha owej muzyki. Być może nawet nie chodzi do muzeów, ale na pewno dobrze przejrzał albumy z historią europejskiego malarstwa.

Starucha i transwestyci

Renesansowy malarz włoski Giorgione namalował obraz pod tytułem "Starucha". Mały portret na desce przedstawia kobietę o rzadkich włosach, w zniszczonej sukni, która ukazuje pomarszczony dekolt. Ten obraz to memento mori. Erwin Olaf podjął wyzwanie Giorgione w cyklu "Mature" ("Dojrzałe") - sfotografował dziewięć kobiet ponad 60-letnich w pozach pin-up girls z amerykańskich plakatów z lat 50. Sceneria nie jest współczesna; przypomina starawy buduar oklejony tapetami, obity boazerią. Nie powiedziałabym o tym cyklu, że jest wstrząsający - jestem pewna, że Erwin Olaf nie chce być wstrząsający. On ma być perwersyjny. Ma budzić uczucia na wspak, na ukos, jeśli odrazę, to nie do końca wstrętną, jeśli sympatię, to też zaburzoną.

Fotograf przedstawił te kobiety jak wenecki malarz swoją "Staruchę" - bez litości dla zeszmaconej skóry i obwisłych policzków. Dał im rekwizyty młodości - ładne ciuszki, które tylko obnażają to, co z wdzięku kompletnie odarte. Erwin Olaf jest tutaj konserwatystą, powtarza dokładnie dewizę dawnych artystów: "pamiętaj, że umrzesz".

Jest tu jednak i wątek nowy. Tego w XV w. nie było - rys transwestytyzmu. Otóż stara kobieta upozowana jak seksbomba w falbankach i muślinach jest trochę tym samym co wciśnięty w damski gorset mężczyzna. Tak jak on przebiera się za kogoś kim nie jest, ze wszystkich sił stara się być wcieleniem kobiecego piękna, czego jednak nigdy nie osiągnie.

Ciekawe jest, że w tym cyklu Erwin Olaf znajduje się po obu stronach obiektywu. Jest widzem przestraszonym efektami specjalnymi, jakie czas potrafi wyrabiać z ludzkim ciałem, ale jest też po trosze każdą z tych modelek. Bo ten artysta tworzy sztukę przesyconą homoseksualnym erotyzmem, a ciało kobiety zajmuje w niej szczególne miejsce. Gdy się starzeje, służy do badania, gdzie znajduje się granica kobiecości.

Kiedy Erwin Olaf robi akty mężczyzn - jak w serii "Kwadraty" - zbyt wiele czerpie ze sztuki Roberta Mapplethorpe'a. Ale do gejowskiej ikonografii artystycznej wnosi dramat nieobecny u Mapplethorpe'a: przeistoczenie nigdy nie będzie doskonałe, zawsze się jest "innym".

Wyobcowanie w czarnej gumie

Zrobiła na mnie wrażenie seria portretów dzieci i młodych ludzi z zespołem Downa, które pozują do fotografii w stylu glamour, nadającym modelowi szlachetność, delikatność i czar wyjątkowości. Jak powiedział mi Erwin Olaf, fotografie te wzbudziły zachwyt modeli, ich rodzin i środowiska, ale zrobiły komercyjną klapę. To dobrze o nich świadczy - bo znaczy, że te zdjęcia nie są "łatwe", że przeszkadzają tym, którzy się uważają za zdrowych ludzi sukcesu.

Niezwykły jest też cykl "Separation", gdzie artysta pokazał historię wyobcowania. Matka i chłopiec odziani w kostiumy z czarnej oślizgłej gumy odprawiają rytuały mieszczańskiego życia (urodziny, zabawa, bajka na dobranoc) w obrzydliwym wnętrzu obitym kwiecistą tapetą. Nie muszę dodawać, że chłopiec ma zakneblowane usta. To pewnie najwięcej i najdobitniej, co Erwin Olaf - w swej estetyce, która jest zaprzeczeniem wylewności i szczerości - mógł powiedzieć o sobie.

Reszta mnie nie przekonuje. Erwin Olaf, krytykując "glamour", sam jest jego częścią. W cyklu "Królewska krew" obrazuje historie słynnych śmierci. Zdjęcia grają na kontraście śnieżnej, niewinnej bieli, w którą ubrane są modele, oraz krwi i flaków, którymi są obryzgane. Efekt tani i tandetny. Podobnie płaski wydaje mi się cykl "Ofiary mody", gdzie nadzy modele i modelki pozują z głowami powtykanymi w torby od znanych projektantów.

Erwin Olaf sam występuje w tym cyklu jako jedna z ofiar mody. Nie wystarczy jednak pozować z torbą na głowie, by tę sytuację zmienić. Ale to są koszty używania estetyki barokowej i bycia zanurzonym po głowę w systemie reklamy, stylu, mody, komercji, słowem współczesnego dandyzmu. Barok był zawsze sztuką władzy, sztuką bogatego mecenasa i nawet kiedy go trochę drażnił, to jednak bardziej mu schlebiał.

Erwin Olaf "Viritatis Splendor", fotografie z lat 1988-2003, Muzeum Sztuki w Łodzi, kurator wystawy Krzysztof Jurecki, do 25 października