144 osoby ranne w niedzielnych starciach Turków z Kurdami

144 osoby ranne, podpalone autobusy, zdemolowane budynki - to wynik wielogodzinnych starć, do jakich doszło w niedzielę w Turcji. Walki między Kurdami, policją i miejscowymi Turkami toczyły się w Stambule i okolicach

Tysiące Kurdów rozzłoszczonych zakazem demonstrowania w obronie swego uwięzionego przywódcy Abdullaha Ocalana wszczęło zamieszki w niedzielę rano w Stambule. Niektórzy protestujący, zasłaniając twarze chustami, zaatakowali posterunki policji, banki i sklepy. Walki rozszerzyły się na kilka dzielnic Stambułu, zarówno po europejskiej, jak i azjatyckiej stronie miasta. Policja odpowiedziała gumowymi pałkami i gazem łzawiącym, aresztowano 88 osób.

Po tych wydarzeniach 60 autobusów z Kurdami ruszyło w kierunku portu Gemlik, by odbyć zakazaną demonstrację. Nieprzypadkowo wybrali to miejsce. Z tego portu odpływają statki na wyspę Imrail, gdzie jedynym więźniem jest Ocalan. Na miejscu na Kurdów czekała blokada policyjna. Tym razem nie doszło do starcia, a po sześciu godzinach czekania autobusy zawróciły.

Droga powrotna okazała się jednak pechowa. Tym razem to Kurdowie zostali zaatakowani. W miejscowości Bozuyuk mieszkańcy przywitali ich kamieniami i koktajlami Mołotowa. Jak pokazała telewizja CNN Turk, wiele autobusów z ludźmi w środku stanęło w ogniu. Turcy wybijali szyby i rzucali w Kurdów czym popadło. Zamieszki trwały kilka godzin, a na miejsce wezwano wojsko i policję. Sytuację udało się opanować dopiero w poniedziałek rano.

- Kurdowie chcą wykorzystać sytuację, w jakiej znajduje się Turcja w przededniu rozpoczęcia negocjacji o członkostwo w Unii Europejskiej - mówi "Gazecie" prof. Soner Cagaptay z waszyngtońskiego Instytutu Polityki Bliskowschodniej. - Ostatnie wypadki to element przemyślanej strategii PKK. Kurdowie wymuszają na armii ostre działania, które pogarszają ocenę przestrzegania praw człowieka w Turcji. Coraz częściej uderzają jednocześnie na zachodzie kraju, gdzie znajduje się 90 proc. przemysłu i turystyki. Wiadomo, że bez stabilnej gospodarki Unia nas nie przyjmie. Starcia, do których doszło w niedzielę, będą się coraz częściej powtarzać - uważa prof. Cagaptay.

Kurdowie, których w Turcji jest kilkanaście milionów (ok. 20 proc. populacji), od lat walczą o stworzenie niepodległego państwa we wschodniej części kraju. W 1999 r. Partia Pracujących Kurdystanu (PKK) zakończyła 15-letnie powstanie, w którym zginęło ponad 30 tys. ludzi. W tym roku wznowiła walki, a śmierć poniosło już ponad 100 osób. 19 sierpnia Kurdowie ogłosili wstrzymanie ataków na miesiąc, jednak armia nie uznała tej deklaracji i kontynuuje operacje przeciw rebeliantom.