Mówi dowódca oddziału Gwardii Narodowej, który zaprowadza porządek w Nowym Orleanie

Marcin Gadziński: Skąd przyjechaliście do Nowego Orleanu?

Kpt. Joel Lynch, dowódca posterunku przy Centrum Konferencyjnym w Nowym Orleanie: Mój oddział liczący 300 żołnierzy Gwardii Narodowej ze stanu Arkansas wrócił niedawno z Iraku. Mieliśmy niedaleko do Luizjany, dlatego zjawiliśmy się tu niemal najwcześniej.

Jak Wam udało się przywrócić porządek w rejonie Centrum Konferencyjnego?

- Przyjechaliśmy w czwartek wieczorem. Wzięliśmy tylko karabiny i trochę wody, bo nasze zadanie nie polegało na pomaganiu tym ludziom, lecz na zabezpieczeniu terenu. Dopiero gdy rozstawiliśmy posterunki i uspokoiliśmy najbardziej krewkich, nadeszły transporty z żywnością, lekami itd. Nie było praktycznie żadnych kłopotów. I szczerze mówiąc, wcale ich nie oczekiwałem. Wiem, co tu się działo wcześniej. Ale gdy gdzieś zjawia się 300 uzbrojonych po zęby żołnierzy, miejscowi bandyci nie mają innego wyjścia. Muszą się uspokoić.

Czego brakowało tym ludziom po Waszym przyjeździe?

- Aż do sobotniego popołudnia kompletnie niewystarczająca była opieka medyczna. Jest tu tylko jeden lekarz i cztery pielęgniarki, którzy dokonują cudów, ale wiele nie mogą zdziałać. Osoby z najcięższymi przypadkami zabiera pogotowie. Mam nadzieję, że władze cywilne wreszcie wezmą pod uwagę, w jakim stanie są ci ludzie, i przyślą służby medyczne.

Krytycy mówią, że to nic dziwnego, że Amerykanie nie są w stanie zaprowadzić spokoju w Iraku, skoro nie umieją go zapewnić u siebie po wielkim huraganie

- To nie ma żadnego związku. Nie będę oceniał działań władz cywilnych, powiem tylko, że gdy my zostaliśmy tu przysłani, natychmiast zapanował spokój. Żołnierzom Gwardii Narodowej niczego tu nie można zarzucić. Zrobiliśmy, co do nas należało.

A nie mogliście zjawić się tu wcześniej?

- Przed huraganem nikt nas nie stawiał w stan gotowości. Pierwszy telefon z informacją, że możemy jechać do Nowego Orleanu, dostałem we wtorek rano. W czwartek byliśmy już w mieście. W sumie zebranie oddziału, przygotowanie i spakowanie sprzętu, przejazd z Arkansas zajęło 36 godzin. To bardzo szybko. Proszę zrozumieć, że my nie jesteśmy strażakami, którzy mają dyżur 24 godziny na dobę i są w każdej chwili gotowi jechać gasić pożar.

Czy sytuacja w Nowym Orleanie przypominała Panu Bagdad?

- Gdy zjawiliśmy się Bagdadzie w kwietniu 2004 roku, miasto też tonęło w śmieciach, były ogromne problemy z bieżącą wodą, prądem, brakowało poczucia bezpieczeństwa. Brakowało rzetelnej informacji, królowała plotka. Dokładnie tak samo jak w Nowym Orleanie.

Czy doświadczenia z Bagdadu przydają się Wam w Nowym Orleanie?

- Gdy jechaliśmy ulicami z pierwszym konwojem do Centrum Konferencyjnego, widziałem, jak moi żołnierze nerwowo rozglądają się po dachach. Wypatrywali snajperów. To takie nawyki z Bagdadu. Nasz kierowca starannie omijał leżące na drodze śmieci, bo w Iraku w każdym miejscu na drodze można zawadzić o zapalnik bomby. No ale tu śmieci i gałęzi całkiem się nie da ominąć. Akurat te bagdadzkie nawyki w Nowym Orleanie za bardzo się nie przydają