Siedem ofiar śmiertelnych pożaru w Paryżu

To już trzeci pożar kamienicy zamieszkałej przez imigrantów w Paryżu. Te budynki nie nadają się do mieszkania, a jednocześnie nie ma gdzie przenieść ich lokatorów, bo budownictwo socjalne stoi

Gdy Bambaya Coumba z Wybrzeża Kości Słoniowej wracał wieczorem do domu, w którym mieszka od lat, zobaczył pożar i ludzi skaczących przez okna. Widział, jak sąsiadka w ciąży wyrzuca sześcioletnie dziecko przez okno z czwartego piętra. Zmarło na skutek obrażeń.

Przyczyny tragedii, do jakiej doszło w noc z poniedziałku na wtorek w eleganckiej dzielnicy Marais, nie są jeszcze znane. Mieszkańcy pięciokondygnacyjnej kamienicy wiedzieli jednak, że ich budynek się sypie. 25 afrykańskich rodzin, połowa to nielegalni imigranci, czekali na docelowe mieszkania - z chwilą wpuszczenia do Francji imigrant zaczyna czasochłonne starania o legalizację pobytu. W tym czasie mieszka byle gdzie i oczekuje pomocy od władz, ale paryskie merostwo nie ma zbyt wielu przyzwoitych mieszkań socjalnych.

Poniedziałkowy pożar jest kolejnym w czarnej serii, która zaczęła się w Paryżu w kwietniu, gdy 24 osoby poniosły śmierć w pożarze innego taniego hotelu dla imigrantów. Z kolei w ubiegły piątek w ogniu stanęła inna kamienica zamieszkana przez wychodźców z Afryki. Zginęło 17 osób, w tym sześcioro dzieci.

W sumie w tym roku w płomieniach śmierć poniosło 48 osób. Tegoroczne tragedie przypomniały Paryżanom, że w samym sercu miasta jest ponad tysiąc ruder ze wspólnymi ubikacjami, źle zabezpieczonymi przewodami, szczurami i grzybem w mieszkaniach. Mieszka w nich 25-30 tys osób. Minister spraw wewnętrznych Nicolas Sarkozy zwrócił się do prefekta policji, by ten zamknął wszystkie zastępcze budynki w złym stanie oraz zdewastowane lokale, gdzie imigranci mieszkają na dziko. Fundacja Ojca Piotra, która zajmuje się bezdomnymi, podała, że we Francji 3 mln osób nie ma odpowiednich warunków mieszkaniowych.