Wirtualna konstytucja - komentarz Mariusza Zawadzkiego

Iracka konstytucja będzie przełomem na Bliskim Wschodzie - zapowiada prezydent George Bush. Niestety, na razie nie jest wcale pewne, czy konstytucja, której projekt wczoraj przyjęto, będzie przełomem w samym Iraku.

Urodziła się w "zielonej strefie", zabarykadowanym przez Amerykanów centrum Bagdadu, które z całym krajem ma coraz mniej wspólnego. W "zielonej strefie" triumfuje demokracja, poza nią - nędza, bezprawie, terror i śmierć. Co gorsza, nawet w tej rzeczywistości wirtualnej triumf jest wątpliwy: politycy sunniccy już wzywają do odrzucenia konstytucji w powszechnym referendum.

Jak dotąd liczne sukcesy z "zielonej strefy" nie przekładają się na to, co dzieje się poza nią. Miliony sunnitów wciąż czują się odrzucone w nowym, powojennym Iraku, i wciąż popierają rebeliantów. Często wini się za to Busha, ale jest w tym trochę przesady. Konflikt sunnici (i poplecznicy Saddama) kontra reszta był nieunikniony w wolnym Iraku, czy to wyzwolonym przez Amerykanów, czy przez Marsjan. Sunnici stanowią zaledwie 20 proc. Irakijczyków, ale za Saddama to oni rządzili krajem. Nie chcą pogodzić się z utratą przywilejów tak samo jak pozostałe 80 proc. - szyici i Kurdowie - nie godzi się na rolę obywateli drugiej kategorii. Trucizna, którą Saddam sączył przez ćwierć wieku, teraz zbiera żniwo. Amerykanie swoimi błędami zwiększyli jej moc.

Gdzie szukać szansy? Paradoksalnie, może nią być obalenie konstytucji w referendum. Sunnici zbojkotowali styczniowe wybory. Teraz zapowiadają, że pójdą głosować na "nie". A więc jednak pójdą, jednak wezmą udział w procesie demokratycznym, który dotąd bojkotowali. I choć są mniejszością, to mają szansę konstytucję pogrzebać, bo wystarczy, że trzy z 18 irackich prowincji odrzucą projekt większością dwóch trzecich głosów (a sunnici mają ogromną większość w dwóch, a niewielką w kilku kolejnych). Być może wtedy poczują wreszcie, że ich głos się liczy, że to państwo jest także ich państwem.