Jean Michel Jarre - sztukmistrz z Lyonu

W piątek wielki koncert Jeana Michela Jarre'a w Stoczni Gdańskiej. Czy w kolebce "Solidarności" wystąpi wizjoner współczesnej muzyki, czy tylko twórca monumentalnych widowisk typu "światło i dźwięk"?

Powiedzieć o nim że jest w czepku urodzony, to mało. Jego ojcem jest Maurice Jarre, wybitny kompozytor muzyki filmowej - "Laurence z Arabii" czy "Doktor Żiwago" (za oba otrzymał Oscara). Jean Michel nagrywa przebojowe płyty, promuje je widowiskami przemawiającymi do wyobraźni tłumów. A przy okazji prowadzi życie gwiazdora. Obdarzony urodą filmowego amanta potrafi świetnie sprzedać się w mediach i zainteresować nie tylko muzyką, ale i życiem prywatnym. Przez wiele lat jego żoną była aktorka Charlotte Rampling. Ostatnio jego partnerką jest Anne Parillaud, pamiętna Nikita z filmu Luca Bessona. Jeśli dodać, że po drodze Jarre spotykał się jeszcze z Isabelle Adjani, stanie się jasne, dlaczego interesują się nim nie tylko fachowe pisma muzyczne, ale i magazyny plotkarskie na całym świecie.

Jarre jest dziś ambasadorem dobrej woli UNESCO. Należy do niego kilka rekordów zapisanych w Księdze Guinnessa. W tym także ten dla artysty, na którego koncert przyszło najwięcej ludzi. Jego występ w Moskwie z 1997 r. z okazji obchodów 850. rocznicy założenia miasta oglądało 3,5 mln widzów.

W wywiadach podkreśla jednak, że ma te rekordy za nic. Nie o to mu chodzi przy organizowaniu wielkich widowisk. - Interesuje mnie jednorazowość tych przedsięwzięć - mówił parę lat temu w wywiadzie dla magazynu internetowego Soundgenerator. - W czasach gdy wszystko jest powtarzalne i powielane masowo, przyjemnie pomyśleć, że mogę stworzyć coś zupełnie unikalnego zarówno dla mnie, jak i moich widzów.

Brzmi jak świetny slogan reklamowy kolejnego widowiska "made by Jean Michel Jarre". Czy rzeczywiście za jego sukcesem stoi tylko sprawny marketing połączony z magią nazwiska, paroma zgrabnie skrojonymi płytami i spektakularnymi koncertami?

Pionier Jarre

Jean Michel Jarre urodził się 24 sierpnia 1948 r. w Lyonie. Od piątego roku życia uczył się gry na pianinie. Jako nastolatek grywał w zespołach rockowych. W 1968, gdy jego koledzy z paryskich uczelni zrywali bruk z ulic stolicy Francji, aby walczyć z oddziałami policji, Jarre zaangażował się w inną, muzyczną rewoltę. Porzucił konserwatorium, w którym studiował, i związał się z Group de Recherches Musicales kierowaną przez Pierre'a Schaeffera. W niej zetknął się z muzyką elektroniczną i konkretną. Eksperymentował z taśmą magnetofonową, tworzył dźwiękowe kolaże. Do dziś uważa Schaeffera za swojego najważniejszego nauczyciela. Nazywa go także "dziadkiem chrzestnym muzyki techno i współczesnego samplingu".

Po eksperymentach (ich efektem była awangardowa płyta "Deserted Palace") Jarre zwrócił się na początku lat 70. ku muzyce bardziej użytkowej. Komponował dla filmu, telewizji, baletu, ilustrował dźwiękiem telewizyjne reklamówki, komponował dla innych wykonawców. Aż do roku 1976, gdy wydał we Francji album "Oxygene". Płyta zawierała sześć kompozycji, które w odróżnieniu od minimalistycznych dokonań pionierów muzyki elektronicznej oparte były na chwytliwych melodiach i bogatych aranżacjach gdzieś z pogranicza popu i muzyki klasycznej.

- Dla mnie muzyka elektroniczna jest dużo bardziej żywa i prawdziwa niż muzyka w klasyczny sposób komponowana i zapisywana w nutach - podkreśla w jednym z wywiadów. - Kawałek papieru i pióro: co to za pomysł, aby w ten sposób tworzyć muzykę!

"Oxygen" odniósł gigantyczny sukces we Francji. Rok później płyta z podobnym skutkiem wydana została na całym świecie. Wielkim hitem był także wydany w 1978 następca "Oxygen" zatytułowany "Equinoxe". Jarre awansował do grona supergwiazd światowej sceny muzycznej. Sceptycy widzieli w jego płytach tylko specyficzną, elektroniczną odmianę muzyki. Dla wielbicieli - a tych było zdecydowanie więcej - Jarre był pionierem w łączeniu nowoczesnych, awangardowych technologii z popową wrażliwością.

Okazał się artystą pełnym sprzeczności. Szybko uległ gigantomanii. Po raz pierwszy trafił do Księgi Guinnessa już w 1978, gdy na jego koncert na paryskim placu Zgody przyszedł milion widzów. Na początku lat 80. zagrał pięć koncertów w Chinach, kraju wówczas wciąż bardzo zamkniętym na świat. Efektem tej wizyty był album "Concerts In China". Kolejny wielki komercyjny sukces Jarre'a.

Z Tiananmen do "S"

Jednocześnie wciąż pozostawało w nim coś z ducha rewolucjonisty. W 1983 r. nagrał album "Music For Supermarkets". Wytłoczono tylko jedną kopię płyty, a jej taśma-matka została komisyjnie zniszczona. Jedyny egzemplarz albumu sprzedano na specjalnej aukcji charytatywnej za ponad 10 tys. funtów.

To był ostatni refleks artystycznego anarchizmu. Jarre coraz bardziej kojarzył się z koncertami dla milionów. Grał w Houston na 25. rocznicę istnienia NASA, wystąpił w Lyonie podczas wizyty papieża Jana Pawła II, wystawił wielkie widowisko w londyńskich dokach. Każde z tych show to nie tylko muzyka przygotowana specjalnie na konkretną okazję, ale także efekty świetlne i pirotechniczne oraz zaskakujący pokaz możliwości współczesnych instrumentów elektronicznych. Na koncertach Jarre używa specjalnie dla niego skonstruowanej harfy, w której struny zastępują promienie lasera.

Jarre wie, jak zdobyć sympatię lokalnych widzów. Gdy zaproszono go do Kopenhagi na obchody dwusetnej rocznicy urodzin Hansa Christiana Andersena, w wywiadach zachwycał się bajkami pisarza i możliwością stworzenia zainspirowanej nimi muzyki.

Podczas wizyty w Polsce mówi o tym, jak ważna jest dla niego idea wolności i ruch "Solidarności". Brzmi to trochę dziwnie, jeśli wziąć pod uwagę, że w ubiegłym roku bez mrugnięcia okiem z okazji otwarcia Roku Francuskiego zagrał w Pekinie na placu Tiananmen. Tym samym, na którym 15 lat wcześniej rozjeżdżani przez czołgi ginęli domagający się wolności chińscy studenci.

Z nowymi pomysłami gorzej

Chociaż szanują go współcześni twórcy muzyki tanecznej i awangardowej, muzycznie Jarre wypalił się 20 lat temu. Od czasu płyty "Zoolook" z 1984 r. jego albumy nie wzbudzają już tak wielkiego zainteresowania fanów. Kiepsko u niego z nowymi pomysłami. Ubiegłoroczny album "AERO" to tylko parę nowych utworów i stare kompozycje podane w nowych aranżacjach.

Za to wciąż sprawdza się jego koncepcja wielkich plenerowych występów. - Zawsze uważałem, że współczesna sztuka elektroniczna jest nudna na żywo - mówi. - Dlatego wpadłem na pomysł czegoś, co byłoby współczesnym odpowiednikiem XVIII-wiecznej opery. Gdzie muzyka byłaby elementem większego projektu multimedialnego. Tylko zamiast XVIII-wiecznego malarstwa i dekoracji pojawiłyby się wizualizacje wideo i specjalne efekty. Interesuję się też architekturą i fascynuje mnie możliwość wkomponowywania moich widowisk w istniejące już przestrzenie.

Czy więc w Stoczni Gdańskiej Jarre zafunduje nam mieszankę elektronicznych dźwięków i technologicznych fajerwerków, których zadaniem jest bardziej olśniewać i zadziwiać, niż prowokować nasze gusta i estetykę? Raczej tak. Ale jeśli to tylko XXI-wieczny odpowiednik spektaklu typu "światło i dźwięk", trzeba przyznać, że jego twórca potrafi wspaniale go opakować i nasycić znaczeniami. Nawet jeśli tak naprawdę ich tam nie ma.

Jean Michel Jarre to: