Polskie kwiaty podbijają świat

Jeszcze pięć lat temu krajowy rynek był zasypany kwiatami z importu. Dziś to nasi ogrodnicy inwestują na potęgę i właśnie szykują się do podboju Europy

- Kiedy kilka lat temu Holender oglądał polską szklarnię o powierzchni 2 tys. m kw., pytał uprzejmie ogrodnika: "Uprawa kwiatów to twoje hobby?" - wspomina Ryszard Kostelecki, prezes Tyskiej Giełdy Kwiatowej.

Rodzimi kwiaciarze w porównaniu z zagranicznymi rywalami znajdowali się wówczas w epoce kamienia łupanego. Tam w gigantycznych kilkuhektarowych szklarniach były już komputery, które sterowały nawadnianiem, wilgotnością oraz temperaturą, tworząc np. klimat jak w tropikalnej dżungli. U nas - tylko grabie i konewki.

Rynek opanowali importerzy, którzy sprowadzali tanie rośliny z Holandii. To ona od lat dzieli i rządzi w kwiaciarskim biznesie. Wielu producentów, nie wytrzymując konkurencji niderlandzkich rolników produkujących co drugi kwiat cięty na świecie i niemal połowę roślin doniczkowych, przerzuciło się na uprawę pomidorów i sałaty.

Przetrwali najsilniejsi

Od pewnego czasu sytuacja jednak się odwraca. Obroty importerów spadły o połowę. A Polacy odzyskują krajowy rynek i coraz odważniej wychylają nos poza granice kraju. Jak do tego doszło?

Po holenderskim potopie w branży zostali najtwardsi i najbardziej zawzięci rolnicy, którzy nie bali się ryzyka - inwestowali w supernowoczesne szklarnie, kupowali drogie cebulki i sadzonki zza granicy oraz uczyli się nowoczesnego ogrodnictwa. Tylko w ubiegłym roku do kraju sprowadzono sto hektarów szklarni. Łączna powierzchnia upraw pod szkłem wynosi teraz ok. 900 ha, z czego 140 ha to róże, a 30 ha - anturium, które stało się polską specjalnością.

Aby odnieść sukces, nie wystarczy mieć dobry produkt. Ogrodnicy muszą także nauczyć się elastycznie reagować na popyt. Kwiaciarskim rynkiem rządzi moda. - Kilka lat temu przebojem w Holandii i w Niemczech był carex, który u nas nie odniósł sukcesu, bo z wyglądu przypominał zwykłą trawę - opowiada Zbigniew Wódz z firmy Tomaszewski. Ale teraz sporą popularnością cieszy się z kolei nefrolepis, czyli zwykła paproć.

Problemem kwiatowego rynku są też... chwasty wśród naszych hodowców. Każda odmiana kwiatów jest opatentowana. Aby móc ją hodować i sprzedawać, trzeba płacić za licencję. Ale część naszych producentów wykupuje prawa do kilku odmian, a inne... kopiuje i sprzedaje nielegalnie. Dotyczy to przede wszystkim róż.

Polacy będą kupować więcej kwiatów

Nasi ogrodnicy inwestują z dwóch powodów. Po pierwsze, liczą na szybki wzrost popytu w kraju. Na razie na kwiaty wydajemy mało. Cały rynek według szacunków holenderskiego ministerstwa rolnictwa (bo wiarygodnych krajowych danych nie ma) wart jest ponad 400 mln euro. Przeciętny Polak wydaje na kwiaty 10 euro rocznie. Dla porównania Szwajcarzy wydają na nie 130 euro, Holendrzy - 100, Norwegowie - 112, a Słoweńcy - 45 euro.

Od zachodniej Europy różni nas jednak nie tylko wysokość wydatków. Polacy kupują kwiaty na ślub, urodziny czy imieniny, a rośliny doniczkowe trzymają w mieszkaniach latami. Na Zachodzie jest inaczej - doniczkowe rośliny wyrzuca się, gdy tylko przekwitną, a duże bukiety kupuje bez okazji, np. do dekoracji sklepowych wystaw czy biur. Nasi kwiaciarze liczą na to, że w miarę upływu czasu oraz bogacenia się społeczeństwa te zwyczaje przeniosą się i do nas.

A Zachód już kupuje polskie anturium

Nasi kwiaciarze liczą też na eksport, który rośnie w szybkim tempie.

O ile w 2003 r. polscy ogrodnicy sprzedali kwiaty cięte za 6,3 mln zł, o tyle rok później już za ponad 17 mln zł, a w pierwszym kwartale tego roku ich eksport przyniósł 4,4 mln zł - wynika z danych GUS.

Nasi ogrodnicy to dziś europejski numer jeden w hodowli krzewów ozdobnych oraz klonowaniu roślin. Jesteśmy też drugim co do wielkości producentem anturium w Europie - z Polski pochodzi co szósty kwiat ze 120 mln produkowanych co roku. A uprawa anturium to spora sztuka, bo ten tropikalny kwiat jest niezwykle wrażliwy na zmiany klimatu. Za to w wazonie można go potem trzymać nawet półtora miesiąca.

Prym wśród eksporterów wiedzie gospodarstwo Marii i Jarosława Ptaszków ze Stężycy koło Dęblina. Ptaszkowie uprawą kwiatów parają się od lat 70. Specjalizują się w anturium (2,5 mln sztuk rocznie), ale sprzedają też kilkanaście milionów róż. Kwiaty u Ptaszków rosną pod szkłem na powierzchni ponad 10 ha i są wysyłane do Niemiec, Włoch, Rosji oraz Holandii. Wszystkie z obowiązkowym napisem na opakowaniu: "polskie anturium" oraz "polska róża". To na Zachodzie symbol najwyższej jakości.

Zdaniem specjalistów szansą dla naszych ogrodników jest sprzedaż do południowej oraz wschodniej Europy. Rynek jest tam jeszcze mało rozwinięty, a konkurencja niewielka - podobnie jak odległość od naszych giełd kwiatowych. Tamtejsze hipermarkety próbuje już podbić np. największy w kraju wytwórca kwiatów doniczkowych firma Tomaszewski.

Zdążyć z halą przed walentynkami

Na kwiatowym boomie zarabiają nie tylko rolnicy. Świetnie radzą sobie producenci wstążek do kwiatów - tu prawdziwym zagłębiem jest Łódź, gdzie działa kilkadziesiąt firm. Rośnie też liczba kwiaciarni. Na koniec 2004 r. było ich w kraju 14,2 tys. Dziś już 15,2 tys.

Rozrasta się i cywilizuje rynek hurtowy, gdzie ogrodnicy spotykają się z kupcami. Dziś rośliny w całym kraju często sprzedawane są kwiaciarniom z ciężarówek niezależnie od tego, czy na dworze jest 30-stopniowy upał, czy silny mróz. Bywa więc i tak, że klient kupuje kwiaty, wstawia je do wazonu, a następnego dnia nadają się one tylko do wyrzucenia.

Aby uniknąć podobnych sytuacji, kilka tygodni temu Tyska Giełda Kwiatowa ogłosiła decyzję o budowie nowej hali za 12 mln zł. Prawie połowę pochłoną m.in. specjalne klimatyzatory, dzięki którym w budynku przez cały rok będzie panowała temperatura 16 st. C. To znacznie wydłuży termin przydatności ciętych kwiatów - nawet o siedem-dziesięć dni.

Obiekt o powierzchni 6 tys. m kw. będzie oddany do użytku na początku przyszłego roku. Kierownictwu tyskiej giełdy bardzo zależy na dotrzymaniu styczniowego terminu otwarcia, bo chce zacząć działalność przed szczytem obrotów, czyli walentynkami oraz Dniem Kobiet.

Nie ma organizacji, nie ma pieniędzy

Paradoksalnie, mimo niewątpliwych sukcesów w produkcji i sprzedaży kwiatów sama branża jako taka nie ma siły przebicia. Brakuje organizacji zrzeszających producentów kwiatów, co utrudnia chociażby starania o dotacje z Unii Europejskiej. Pieniądze - nawet 100 tys. euro rocznie -przysługują bowiem przede wszystkim rolnikom zrzeszonym w grupach producenckich. Tymczasem na 105 zarejestrowanych w kraju grup tylko jedna należy do kwiaciarzy.

Kuleje również marketing. Kiedy "Gazeta" zapytała Izbę Producentów i Handlowców Roślin Ozdobnych, która odpowiada za promocję branży, o wartość rynku kwiatów w kraju oraz perspektywy rozwoju eksportu, usłyszeliśmy, że... takie dane objęte są tajemnicą handlową.