Przenosiny wrony

Czy jakiś ptak może niemal całkowicie zmienić środowisko życia, powiedzmy, w ciągu 30 lat? Owszem, może - i na naszych oczach robi to najzwyklejsza wrona.

Gdyby mi ktoś powiedział 20 lat temu, że aby zobaczyć wronę, będę musiał wybrać się do miasta, postukałbym się w głowę. Wrona kojarzyła mi się z wsią, bo to był jeden z najbardziej rozpowszechnionych, a może raczej najbardziej widocznych ptaków krajobrazu rolniczego. Teraz zobaczyć te szaro-czarne ptaszyska na polach jest dość trudno. I aby ktoś nie uznał, że jest to moje subiektywne wrażenie, pozwolę sobie przytoczyć dane Eugeniusza Pugacewicza, znanego podlaskiego ornitologa. Okazuje się, że na Podlasiu liczebność wron leci na łeb na szyję. Na przykład na jednej z powierzchni badawczych na północ od Narwi w latach 1988-89 było około 36 par wron na sto kilometrów kwadratowych. W 2002 roku już tylko pięć.

O spadku liczebności wron donoszą również specjaliści z zachodniej polski. A na południowym wschodzie kraju ptak ten stał się tak rzadki, że jeszcze w latach 90. wojewoda krośnieński objął wronę ochroną gatunkową. Co się stało temu kraczącemu ptaszysku? Przecież jest ono niezwykle inteligentne i je właściwie wszystko. Nie zaszkodziło mu nawet to, że przez dziesiątki lat była uznawana za szkodnika, który zjada jaja i młode kuropatwy oraz małe zajączki. Można było nawet do niej strzelać. O wronie jeszcze niedawno powiedziałbym, że poradzi sobie wszędzie i w każdych warunkach, a tu proszę - wrony nie ma na wsiach.

Przyczyn może być kilka. Mogą to być na przykład zmiany w środowisku. Dają się one tym ptakom we znaki szczególnie na wschodzie kraju. Chodzi o to, że tu wrony odżywiają się głównie bezkręgowcami, które zbierają na tradycyjnie użytkowanych nieco podmokłych łąkach i pastwiskach. Niestety, takie łąki wysychają, gdyż poziom wód gruntowych gwałtownie spada, a ponadto łąki i pastwiska albo są porzucane przez rolników i zarastają, albo zaczynają być użytkowane bardzo intensywnie, np. nawożone, i wtedy trudno na nich o różnego rodzaju bezkręgowce. No dobrze, ale takich pastwisk od dawien dawna nie było np. w Wielkopolsce, a wrony do niedawna jeszcze miały się tam całkiem nieźle. Czyżby zaszkodziło im coś innego? Niektórzy wskazują, że jest druga przyczyna wycofywania się wron z pól i łąk. To kruki, które powtórnie zasiedlają Polskę, po tym jak zostały przetrzebione z tych samych powodów, dla których strzelano do wron. Wrony może nie wytrzymują konkurencji z większymi i silniejszymi kuzynami. Może też do tego dochodzić plądrowanie wronich gniazd przez kuny.

Ale ktoś, kto sądzi, że to koniec wron, nie docenia tych sprytnych ptaków. Owszem o wrony na polach i łąkach szalenie trudno, za to w miastach można zobaczyć je bez trudu. Pełno ich w Warszawie, a Jacek Udolf, który zajmuje się wronami we Wrocławiu, podaje, że w 2003 roku na zaledwie 18 km kw. żyło tam aż 219 par tych ptaków (jeszcze na początku lat 70. mieszkała w tym mieście tylko jedna para). Wygląda więc na to, że wrony stwierdziły, że miasto jest o wiele lepszym środowiskiem życia niż prowincjonalne pola i łąki. O jedzenie w postaci śmieci tu łatwo, zresztą zawsze można przekąsić jakiegoś padłego gołębia. Drapieżników prawie nie ma, a płochliwe kruki na razie trzymają się z dala od ludzkich siedzib. No i co najważniejsze - w mieście nikomu nie przyjdzie do głowy, by strzelać do wron.