Dramat rosyjskiego batyskafu

Trwa dramat na dnie Morza Beringa. Siedmioosobowa załoga rosyjskiego batyskafu w ciemności, zimnie i ciszy wyczekuje ratunku. Bez pomocy z zewnątrz nigdy nie ujrzy już światła

Rosyjscy żołnierze tkwią 190 metrów pod powierzchnią wody w batyskafie (czyli małej łodzi podwodnej), która zaplątał się najprawdopodobniej w stare sieci rybackie, a może w porzucone stalowe liny, za pomocą których ogromne statki rybackie wyciągają z morza ciężki połów. Wojskowi nie wykluczają też, że łódź zahaczyła o antenę ulokowanego na dnie rosyjskiego systemu nasłuchowego.

Dowództwo rosyjskiej Floty Pacyfiku wczoraj wieczorem rozkazało im ograniczyć wszelki wysiłek fizyczny, by oszczędzać zapasy tlenu.

Już wcześniej na batyskafie wyłączono światło, bo resztki prądu są potrzebne maszynom oczyszczającym powietrze. Żołnierze w ciemnościach i pięciostopniowym chłodzie najprawdopodobniej leżą więc w kojach, czekając na wybawienie. Co kilka godzin drogą radiową łączą się ze sztabem ratunkowym. - Mówią, że czują się dobrze. Że nie ma paniki - relacjonował rzecznik rosyjskiej armii.

Ile zostało im czasu? Na to najważniejsze pytanie Rosjanie nie usłyszeli wczoraj jednoznacznej odpowiedzi. Rano informowano, że powietrze skończy się za pięć dni. Wczesnym popołudniem komandor Igor Dygało mówił jednak, że marynarze mają czym oddychać tylko przez najbliższe 22 godziny (czyli do sobotniego południa). Natomiast wieczorem gen. Wiktor Fiodorow, dowódca Floty Pacyfiku, pocieszał, że załoga nie zacznie się dusić przed 8 sierpnia.

Nikt też nie chciał wczoraj jasno odpowiedzieć, kiedy batyskaf popadł w tarapaty. Nieoficjalnie mówi się, że już w nocy ze środy na czwartek (polskiego czasu), choć o sprawie poinformowano dopiero dobę później. Pomimo to Rosja cieszy się, że tym razem armia dość szybko przyznała, że może nie poradzić sobie z akcją ratowniczą i poprosiła o pomoc Japończyków, Amerykanów i Brytyjczyków. Spóźniona reakcja władz i nieszczery optymizm generałów - zdaniem wielu Rosjan - przyczyniły się do śmierci części ofiar z okrętu podwodnego "Kursk".

Jak można uratować batyskaf? Jednostka "Priz" (AS-28) ma tylko 13,5 m długości i niecałe 6 m wysokości. Kilka rosyjskich okrętów bronowało wczoraj dno morza u wybrzeży Kamczatki w nadziei, że zaczepią o niewielką łódź i zdołają ją oderwać od przeszkody. Wieczorem pojawiły się informacje, że jedna z kotwic natrafiła na batyskaf i być może zdoła go uratować.

A jeśli się nie uda? W sobotę o świcie miały ruszyć do pracy zdalnie sterowane podwodne pojazdy Skorpion, które samolotami na Morze Beringa mieli dostarczyć Amerykanie i może też - o ile zdążą - Brytyjczycy. Obsługa skorpionów zostanie umieszczona na rosyjskim okręcie i stamtąd zdalnie spróbuje odczepić batyskaf od podłoża lub poprzecinać krępujące go liny za pomocą specjalnych kleszczy. Zdaniem meteorologów w najbliższych dniach nad Morzem Beringa ma się utrzymywać dobra pogoda. Amerykańscy eksperci uznają sytuację za "umiarkowanie optymistyczną".

Po co Rosjanie zapuszczali się na dno lodowatego morza? Ponoć był to rejs ćwiczebny batyskafu, który zbudowano na potrzeby akcji ratowniczych (w wypadku problemów dużych okrętów podwodnych). Zdaniem niektórych wojskowych batyskaf nadawał się do remontu i wsiadło do niego zbyt wielu marynarzy (zwykle załoga to trzy osoby). Rosyjskie media nadaremnie czekały w piątek na jakąkolwiek reakcję Władimira Putina.