Śledztwo po Biesłanie: winni nie tylko terroryści?

Co naprawdę działo się w Biesłanie? Rosyjska prokuratura przyznała wreszcie, że Specnaz strzelał z miotaczy ognia do szkoły zajętej przez terrorystów. Wywołany tym ostrzałem pożar mógł się przyczynić do śmierci wielu osób

Terroryści zajęli biesłańską szkołę podstawową 1 września ub.r. podczas uroczystości rozpoczęcia roku szkolnego. Rosyjskie służby specjalne dwa dni później przeprowadziły akcję odbicia ok. 1, 2 tys. zakładników, podczas której zginęło co najmniej 330 osób - w tym ponad połowa to dzieci. Już kilka dni po tragedii mieszkańcy Biesłanu oskarżali rosyjski Specnaz o rażące błędy, które mogły być powodem aż tak krwawego przebiegu akcji odbijania szkoły.

Rosyjska prokuratura do dziś konsekwentnie odrzuca te oskarżenia, co przez wielu Rosjan jest odbierane jako tuszowanie błędów służb specjalnych. Po kilkumiesięcznym śledztwie wciąż oficjalnie wiadomo tylko, że w szkole eksplodowały ładunki wybuchowe. Spowodowało to panikę wśród terrorystów, którzy rozpoczęli chaotyczną strzelaninę. Wtedy do akcji ruszył Specnaz. Eksplozje miały też spowodować pożar sali gimnastycznej i w jego konsekwencji zawalenie się jej dachu. To w gruzach tej sali zginęło najwięcej zakładników.

Wielu krewnych i przyjaciół ofiar twierdzi jednak, że pożar został wywołany przez rosyjski ostrzał z miotaczy ognia Szmel. Prokuratura od wielu miesięcy przeczyła takiej wersji wypadków i nie przekonywały jej nawet znalezione pod szkołą łuski po pociskach używanych w miotaczach Szmel. Ich zdjęcia publikowała m.in. rosyjska "Nowaja Gazieta". - Specnaz nie strzelał z miotaczy. Łuski? Widocznie ze Szmeli strzelali terroryści - jeszcze w kwietniu twierdzili prokuratorzy. Utrzymywali, że w akcji odbijania szkoły nie popełniono istotnych błędów.

Ku zaskoczeniu prokuratorów ich śledztwo zaczęło się "komplikować" podczas rozpoczętego w maju procesu Nurpaszi Kułajewa, jedynego schwytanego terrorysty z Biesłanu. Mieszkańcy miasta szybko zapomnieli o żądaniach linczu na Kułajewie i zamienili salę sądową w forum, gdzie przed kamerami dowodzą - jak twierdzą - "kłamstw" rosyjskich śledczych. Świadkowie i byli zakładnicy opowiadają o gotowości porywaczy do negocjacji (prokuratura twierdzi, że nie warto było negocjować, bo "terroryści byli samobójcami"), mówią, że Rosjanom wymknęło się co najmniej kilkunastu terrorystów (co dowodzi nieudolności służb) i wreszcie niemal wszyscy mówią o ostrzale ze Szmeli. Tę wersję potwierdził też niedawno Stanisław Kiesajew, szef komisji śledczej parlamentu Osetii Północnej.

Wydaje się, że właśnie pod naciskiem w mediach wreszcie ustąpiła prokuratura. - Specnaz strzelał podczas szturmu z miotaczy Szmel - przyznał przed kilkoma dniami Nikołaj Szepel, zastępca prokuratora generalnego. Wprawdzie niemal natychmiast zaczął tłumaczyć, że użyte 3 września ub.r. pociski "nie były zapalające" i nie mogły spowodować pożaru, ale w Biesłanie już prawie nikt nie wierzy w jego prawdomówność.

Aleksander Czierkasow z "Memoriału" tłumaczy, że wszystkie odmiany miotaczy Szmel mają działanie zapalające i stosowanie ich w Biesłanie łamało postanowienia międzynarodowej konwencji o użyciu szczególnych rodzajów broni, której sygnatariuszem jest Moskwa. Czierkasow tłumaczy też, że użycie miotaczy w Biesłanie rodziło ryzyko zawalenia dachu budynku nawet bez pożaru, lecz wskutek samej eksplozji pocisków. Czy zatem tragedię biesłańskich dzieci i ich krewnych spotęgowała nieudolność Specnazu? - Prokuratura powinna wreszcie poprowadzić śledztwo w tym kierunku - odpowiada Czierkasow.