Brecht do zabawy

Premiera ?Happy Endu? Bertolta Brechta w Teatrze Narodowym w Warszawie. Próba rozrywkowego teatru na scenie narodowej wypadła przeciętnie. Tylko muzyka Kurta Weila nie zawiodła

W przedpremierowych wypowiedziach reżyser Tadeusz Bradecki podkreślał, że nie należy szukać w jego przedstawieniu odniesień politycznych, lecz jedynie "przyjemności obcowania z fantastyczną muzyką i zabawnie wymyśloną intrygą". Przyjmijmy na chwilę, że twórczość Bertolta Brechta rzeczywiście nic wspólnego z polityką nie miała. Że w 1929 roku na prapremierze "Happy Endu" Helena Weigel całkiem nie a propos przeczytała ze sceny manifest komunistyczny, a autor zapisał się do partii komunistycznej przypadkiem, że kiedy w songach z "Happy Endu" mowa jest o talerzu zupy "dla biednego człeka" i walce o nowy świat, to chodzi o popremierową kolację dla aktorów na Nowym Świecie, a kwestia "większym przestępstwem od obrabowania banku jest jego posiadanie" jest żartem podczas gry w pokera. Przyjmijmy, że Brecht istotnie stał się, przynajmniej w Polsce, dostarczycielem nie idei, ale wyłącznie "fantastycznej muzyki i zabawnie wymyślonych intryg". Ale nawet mierzone tą miarą przedstawienie w Narodowym nie jest szczególnie zabawne.

Bo żeby opowiedzieć zabawnie historię nawrócenia chicagowskich gangsterów pod wpływem bogobojnych członków Armii Zbawienia, trzeba mieć poczucie humoru, a tego Bradeckiemu brakuje. Wiele gagów opartych jest na aktorskich grepsach, z których najwięcej śmiechu budzi udawanie japońskiego akcentu w wykonaniu Emiliana Kamińskiego jako Nakamury i szpagat, który robi Ewa Konstancja Bułhak (siostra Jane). Śmiech mają budzić także gangsterzy, ich specjalna "kryminalna" chrypka i machanie pistoletami, ale jakoś nie budzą. Na przykład Grzegorz Małecki (Bill) udaje w pewnym momencie Michaela Jacksona z wideoklipu "Bad" , chwytając się jedną ręką za borsalino, a drugą za krocze. Ubawiliśmy się jak przed laty w Syrenie.

Próba przekształcenia zespołu Teatru Narodowego w zespół musicalowy nie do końca się udała, zwłaszcza w dziedzinie tańca, niezbędnego elementu każdego musicalu. Aktorzy ruszają się tak, jakby po raz pierwszy w karierze ktoś od nich wymagał sprawności ruchowej i plastyki ciała, w rezultacie głównym elementem choreografii jest przestępowanie z nogi na nogę, znane też pod nazwą "taniec wolny". Scenom brakuje energii i trzy godziny z dwiema przerwami ciągną się cokolwiek za długo jak na "zabawnie wymyśloną intrygę".

Nic nie jest jednak w stanie zepsuć muzyki Kurta Weilla, która jest tu największą wartością. Orkiestra pod kierunkiem Mirosława Jastrzębskiego gra kawałki Weilla może cokolwiek za łagodnie, zbyt salonowo, za mało w tym drapieżnego brzmienia, które słychać w oryginalnych nagraniach, ale i tak po pierwszych trzech taktach zapominamy o brzydocie scenografii (składającej się z ponurego walca i kilku kolorowych krzeseł) i zanurzamy się w dekadenckiej atmosferze lat 20.

Aktorzy śpiewają znacznie lepiej, niż tańczą: Emilian Kamiński jest świetny, kiedy przestaje udawać Japończyka i śpiewa normalnym głosem "Pieśń o twardym łbie", Arkadiusz Janiczek rozkręca przedstawienie wykonaną w straceńczym tempie "Pieśnią o Mandalay" (choć parę razy orkiestra go wyprzedza w tym wyścigu). Niespodzianką jest Katarzyna Kurylońska, młoda wrocławska aktorka, która gościnnie wystąpiła w roli Lilian, porucznika Armii Zbawienia. Co prawda aktorsko nie ma wiele do pokazania, skoro już w pierwszej scenie jest zakochana po uszy w gangsterze Billu, za to wokalnie jest bez zarzutu, daje songom temperament i odwagę kobiety walczącej o miłość. "Surabaya Johny" w jej wykonaniu zmienia się z nostalgicznej piosenki o przemijaniu w pieśń protestu przeciw nieczułości.

Drugą niespodziankę sprawił Modest Ruciński w drugoplanowej roli brata Hannibala. Młody aktor, który w CV ma ledwie jedną rolę, będzie wkrótce na ustach wszystkich, ma bowiem niezwykłą, niewymuszoną siłę komiczną, jaką dysponują wielcy polscy komicy Wiesław Gołas i Jan Kobuszewski. Sposób, w jaki kryje zdenerwowanie, usiłując założyć nogę na nogę na stojąco, to, jak nie panuje nad ciałem, które się uniezależnia od jego woli, podryguje albo wali się jak kłoda na ziemię, przy tym wysoki, mocny głos - wszystko zapowiada wielki talent.

To bardzo ładnie, że dyrekcja Narodowego pomyślała o wprowadzeniu rozrywki na afisz. Ale jeśli przy placu Teatralnym mają być grane musicale, to niech będą robione tak, żeby szczęki opadły artystom z innych teatrów muzycznych: Buffo, Romy i Syreny, chorzowskiego Teatru Rozrywki i Muzycznego z Gdyni. Na razie narodowa rozrywka nie odbiega od przeciętnej.

Bertolt Brecht i Kurt Weill "Happy End", przekład libretta Marjorie Hayes, Krzysztof Kopka, przekład songów Agnieszka Osiecka, Andrzej Jarecki, reż. Tadeusz Bradecki, scen. Jagna Janicka, choreografia Jacek Badurek, premiera 30 czerwca.