Winnice tylko dla Francuzów

Robert Mondavi, kalifornijski potentat w branży win, nie będzie mógł rozpocząć produkcji w prestiżowej winnicy w regionie Hérault. Nowe, komunistyczne władze gminy pokazały mu drzwi

Winnice tylko dla Francuzów

Robert Mondavi, kalifornijski potentat w branży win, nie będzie mógł rozpocząć produkcji w prestiżowej winnicy w regionie Hérault. Nowe, komunistyczne władze gminy pokazały mu drzwi

Mondavi - jeden z głównych producentów amerykańskiego wina, o rocznych obrotach przekraczających 440 mln euro - od dawna ostrzył sobie zęby na 50-hektarową działkę w gminie Aniane, 40 km od Montpellier. Położone tam winnice słyną z najlepszych win regionu Languedoc, Daumas Gassac i La Grange des Peres, które dorównują sławą trunkom bordoskim i burgundzkim (ceną zresztą także - jedna butelka może kosztować ponad 200 zł). Kupno winnicy w Aniane nobilitowałoby Kalifornijczyka, był więc gotów na duże inwestycje.

W ubiegłym roku niemal dopiął swego. Zaproponował, że zainwestuje w ziemię 20 mln franków (ponad 3 mln euro), a w lokalną kooperatywę winną ponad 4 mln (600 tys. euro); w zamian chciał otrzymać dzierżawę na 50 lat. Socjalistyczny mer Aniane wydał zgodę.

Wszystko zmieniło się 18 marca, gdy władzę w gminie przejął zwycięzca wyborów municypalnych, komunista Manuel Diaz. Jedną z jego pierwszych decyzji było anulowanie promesy dla Mondaviego. - My tu sobie koncernów międzynarodowych nie życzymy. Danone, Marks&Spencer - wszyscy widzimy, czym to się kończy [obie firmy ogłosiły ostatnio drastyczne plany zwolnień pracowników - red.] - powiedział mer. - U nas wino uprawiają na małych działkach mali producenci. Mondavi ze swoimi nieograniczonymi możliwościami stanowiłby zbyt duże zagrożenie. To byłaby dla nich powolna śmierć.

Kalifornijczycy nie zdołali przekonać mera nawet solennymi zapewnieniami o chęci współpracy z lokalnymi producentami. We wtorek przedstawiciel Mondaviego David Pearson ogłosił, że amerykański gigant definitywnie wycofuje się z projektu: - W grę wchodzi zbyt wiele interesów politycznych. To nas przerasta.

Konrad Niklewicz, Paryż