Dmuchawy, latawce, wiatr

Nowa sztuka chińska podbija Zachód i dociera do Polski. Akcja i wystawa Cai Guo-Qianga w Zachęcie przekonuje, że fajerwerk to efektowny, ale ryzykowny środek artystycznego wyrazu

Na świecie trwa run na sztukę chińską. Cai Guo-Qiang przyjechał do Warszawy z Wenecji, gdzie otwierał chiński pawilon na 51. Biennale Sztuki jako jego kurator. Chińczycy od kilku lat mają na Biennale w Wenecji wielkie pokazy, pierwszy raz na dużą skalę wprowadził ich tam Harald Szeemann w 1999 r. Potem była wielka wystawa w Centre Pompidou i skok cen prac chińskich artystów na rynku.

W początku czerwca w domu aukcyjnym Christie's w Hongkongu wydano 40 mln funtów na sztukę chińską. Obraz abstrakcyjny Zao-Wou Ki z 1948 r., chińskiego malarza tworzącego w Paryżu, sprzedano za 1,3 mln funtów - podaje brytyjski dziennik "The Telegraph". Na tej samej aukcji praca Cai Guo-Qianga, artysty wystawiającego obecnie w Zachęcie, w wynalezionej przez niego technice malowania prochem strzelniczym i tuszem na płótnie, sprzedała się za ponad 300 tys. funtów.

Cai Guo-Qiang (ur. 1957) wykorzystuje w swojej twórczości stary chiński wynalazek - proch. Znany jest z efektownych spektakli fajerwerkowych, które urządza od Japonii, przez Chiny, do Nowego Jorku. W Warszawie przed Zachętą Guo-Qiang wysadził w powietrze czerwoną flagę. Chwilę potem otworzył wystawę. Możemy sprawdzić, czym jest ta nowa sztuka chińska.

Myśl w kołysce

Pierwsza uwaga, która się narzuca - to niewspółmierność formy i treści. W dziedzinie podpalania i wysadzania dużych płacht z czerwonego materiału chińskiemu artyście należy się pierwsze miejsce. Tylko co przez to chciał powiedzieć? Sugerowano podteksty polityczne - czerwona flaga to symbol komunizmu. Wydaje się to albo przedawnione, albo nietrafione geograficznie. Gdyby to zrobił Kubańczyk w Miami albo Koreańczyk z Północy w Seulu, z pewnością więcej by znaczyło. Kiedy w Warszawie czerwoną flagę puszcza z dymem Chińczyk od 20 lat mieszkający na Zachodzie, to jakby obudził się nagle z długiego snu.

O tym samym świadczy Sala Matejkowska w Zachęcie. Tam Cai Guo-Qiang urządził instalację pt. "Raj". Ustawił kilkadziesiąt kołysek w zakręcony kształt chińskiego smoka i wprawił je w ruch za pomocą silników. Kołyski przykryte są kołderkami w postaci flag państw komunistycznych albo postkomunistycznych. Ma rację Guo-Qiang, rzeczywiście piekielnie dużo tego było. Natomiast czynnością omyłkową wydaje się wkładanie dziś do jednej kołyski Kuby z Jugosławią, a Chin z Polską.

Nad wężem utworzonym z bujających się kołysek furkoczą zawieszone na żyłkach i poruszane wiatrem z elektrycznych dmuchaw papierowe latawce. Każdy latawiec wycięty jest ze starej fotografii, a na nich: Lenin, Stalin, Fidel Castro, Che Guevara i Gagarin. I tu znów mam dziwne uczucie pomieszania, bezsensownego lotu w myślowy chaos. Wypowiedź samego artysty, niestety, bezlitośnie go obnaża: "Instalacja nawiązuje do komunistycznych planów stworzenia utopijnego raju na ziemi; ukazuje zwodniczość tej idei, łatwowierność i bierność w jej przyjmowaniu oraz ambiwalencję owych czasów".

Beton zamiast rewolucji

Chińczyk współczesny ma dzisiaj problem, wystawa w Zachęcie jest wyrazem tego problemu. Świat chce od niego wypowiedzi politycznej, ale niekoniecznie takiej, która dotyczy akurat współczesnych Chin. Komunizm, rewolucja, czerwona flaga - to rekwizyty z przeszłości. I stereotyp, w którego ramach wedle zachodnich wyobrażeń ma się poruszać chiński artysta. I grzecznie się porusza. A Zachód karmi się wyidealizowanym obrazem Chin - dynamicznej gospodarki, nowoczesnej budowy, otwarcia na świat. Widziałam na niedawnym przeglądzie Planete Doc Review film "Betonowa rewolucja" o robotnikach, którzy za minimalne wynagrodzenia burzą stary Pekin i budują nowy pod przyszłą olimpiadę. W Chinach nie ma komunizmu - jest nowy system, gdzie bezwzględny wyzysk połączył się z komunistyczną inwigilacją. Pełne zniewolenie.

Cai Guo-Qiang swoje fajerwerkowe spektakle urządza od kilkunastu lat. W 1993 r. przedłużył za pomocą linii ognia Chiński Mur o dziesięć kilometrów. W 1996 r. w USA odpalił z lontu trzymanego w ręku szarą chmurkę w kształcie atomowego grzyba. Z czasem jego akcje straciły na krytycznej wymowie. W 2002 r. został zatrudniony do wykonania wielkiej barwnej tęczy łączącej dwa brzegi rzeki Hudson, między starą (na Manhattanie) a tymczasową (na Brooklynie) siedzibą MoMA. Rok później dał popis w Londynie na cześć Tate Modern. Na ciemnym niebie wybuchają gwiazdy, kwiaty, diamenty i rubiny, barwne potoki ognia spadają w dół. To bardzo piękne, ale czy nie jest tak, że sztuka stała się tylko reklamą potężnej instytucji? Sztuka o niby-chińskim rodowodzie, odwołująca się do chińskiej tradycji, do pradawnej odrębności zostaje wciągnięta w ramy zachodniego systemu i bez reszty wykorzystana.

Ze spektakli Guo-Qianga, które można zobaczyć na filmie pokazanym w Zachęcie, największe wrażenie zrobił na mnie ten najbardziej perwersyjny, gdzie artysta wszystko odwrócił. Fajerwerki zamiast barwnych były czarne, pokaz zamiast w nocy odbył się w dzień. W Walencji w 2005 r. artysta wystrzelił w górę małe czarne placki skupionego dymu, które uderzyły w błękit nieba, rozpryskując się po nim jak tusz na jasnej karcie papieru. Dał plamę, postawił na niebie kleksa. Nie ozdobił - zabrudził. Guo-Qiang musi szybko pomyśleć o artystycznym ratunku. Fajerwerk ma drugi niebezpieczny (obok przerostu formy) aspekt - wywołuje zbyt łatwy zachwyt tłumów.

Cai Guo-Qiang, "Czerwony sztandar", "Raj", galeria Zachęta, Warszawa, kurator Maria Brewińska, do 28 sierpnia