To była masakra - raport Human Rights Watch o Uzbekistanie

Uzbecki prezydent Islam Karimow jest winien masakry, a USA i kraje Unii Europejskiej nie mogą przymykać oczu na ten fakt - brzmi wniosek raportu Human Rights Watch poświęconemu wydarzeniom w Adiżanie, gdzie 13 maja wojsko otworzyło ogień do cywilów

To pierwszy obszerny i dobrze udokumentowany raport oparty na zeznaniach świadków, którzy uciekli do pobliskiego Kirgistanu. Mimo nie dopuszczenia do Uzbekistanu międzynarodowej niezależnej ekipy dochodzeniowej HRW potwierdza, że na rozkaz Karimowa w Adiżanie wymordowano setki ludzi - uzbecki prezydent utrzymuje, że ofiar było 173, głównie żołnierzy i urzędników oraz "garstka" przechodniów. W rzeczywistości zginęli ludzie, którzy przyszli na główny plac miasta, by zaprotestować przeciw bezrobociu, niesprawiedliwości i nędzy.

- Pozostaliśmy na placu, myśląc, że Karimow przyjedzie, zwłaszcza kiedy usłyszeliśmy helikopter. Ale nie był to Karimow. Zaczęto do nas strzelać - mówi kobieta, która była na placu Bobur.

Ludzie na placu znaleźli się w pułapce. Wojsko zablokowało prowadzące do niego ulice, ustawiając w poprzek pojazdy. O 17.20 w stronę tłumu ruszyły pojazdy opancerzone. "Z pojazdów zaczęto strzelać, nie zwalniając nawet, by celować... Nad naszymi głowami krążyły helikoptery, naprowadzając je na cel" - opowiada Galima Bucharbajewa, dyrektor uzbeckiej sekcji międzynarodowego Instytutu Wojny i Pokoju (IWPR) mającego siedzibę w Londynie.

Zapanował chaos. Dwie grupy ludzi - po kilkaset osób każda - próbowały wyrwać się z matni, ale na końcu ulic wiodących do placu za workami z piaskiem czekali na nich snajperzy. "To było jak gra w kręgle, kiedy trafione kulą wszystkie upadają. Błyskały strzały, kolejne szeregi padały. Nie sądzę, by ktokolwiek z tych, którzy szli z przodu, ocalał" - opowiada świadek.

Cytowana w raporcie relacja Międzynarodowego Czerwonego Krzyża stwierdza, że po ataku nie dopuszczono nikogo do rannych, a następnego dnia trwało jeszcze dobijanie żywych. Ktokolwiek pozostał na Czołpońskim Prospekcie, szerokiej ulicy wiodącej od placu, nazwanej strefą śmierci, nie miał właściwie szansy na przeżycie.

Od masakry minęły trzy tygodnie, a Karimow ani myśli wpuścić międzynarodową komisję dochodzeniową i wydaje się bezkarny. Waszyngton nie zerwał z nim rozmów o przedłużeniu umowy na użytkowanie bazy wojskowej w sąsiedztwie Afganistanu. Jeśli Karimow się zgodzi, może liczyć na sporą pomoc finansową. Według informacji HRW Amerykanie wysyłają do Uzbekistanu podejrzanych o terroryzm, których przesłuchują miejscowi śledczy.

Apelując do prezydenta Busha o wywarcie nacisku na Karimowa i w razie odmowy rezygnacji z dalszej współpracy dyrektor HRW Kenneth Roth pisze: "Karimow nie jest już dla Ameryki atutem, lecz obciążeniem". Wzywa też Unię Europejską do zawieszenia układu o współpracy i partnerstwie z Uzbekistanem. Porzucić Karimowa będzie jednak Ameryce o tyle trudno, że wiadomo, do kogo się wtedy zwróci. O swym poparciu zapewniły już Karimowa Chiny i Rosja.