Stary i (nie) jary

?Mam nadzieję, że umrę, zanim się zestarzeję? - śpiewali w latach 60. The Who. Dziś ich schorowani rówiesnicy ani myślą schodzić ze sceny

"Zupełnie nie rozumiem, jak można ekscytować się powrotem grupy, która była popularna 30 lat temu" - powiedział mi niedawno w wywiadzie brytyjski pisarz Nick Hornby, gdy nasza rozmowa z literatury zeszła na muzykę. Hornby rzucił tę uwagę, nawiązując do reaktywacji legendy lat 60., grupy Cream.

Najwyraźniej jednak jest w swoich poglądach odosobniony. Powrót tria Erica Claptona, Jacka Bruce'a i Gingera Bakera wywołał na Wyspach Brytyjskich ogromne zainteresowanie. Cztery koncerty w legendarnej londyńskiej Royal Albert Hall obejrzał komplet widzów, rozpisywały się o nich gazety. "Zespół, który był wielki w latach 60., teraz jest wielki, mając 60 lat" - napisał dziennikarz "Timesa", nawiązując do średniej wieku muzyków.

Zarobić na lekarzy

Dawne gwiazdy wciąż ani myślą schodzić ze sceny, puszczając w niepamięć buńczuczne zapowiedzi rzucane swego czasu w piosenkach. "Mam nadzieję, że umrę, zanim się zestarzeję" - śpiewała w "My Generation", hymnie pokolenia lat 60. grupa The Who. "Lepiej jest spłonąć, niż wyblaknąć" - dorzucił w następnej dekadzie Neil Young w "My My, Hey Hey".

Dzisiaj Young (rocznik 1945) cierpi na hyperacusis, swoistą nadwrażliwość na dźwięki. Lider The Who, gitarzysta Pete Townshend (rówieśnik Younga), jest głuchy na jedno ucho. Cierpi też na tinnitus, czyli szumy uszne. Basista Cream Jack Bruce jest po transplantacji wątroby. Jego kolega z zespołu perkusista Baker ma problemy z rękami, uskarża się na silne bóle kończyn.

Pojawiły się nawet pogłoski, że jedynym powodem reaktywacji Cream były pustki na koncie obu muzyków. Milioner Clapton, jedyny finansowo niezainteresowany w tym przedsięwzięciu, miał się zgodzić na reaktywację, aby jego dawni koledzy mieli z czego opłacać lekarzy.

W formie, jak zwykle

Jeśli jednak w przypadku Cream chodzi o pieniądze, nostalgię fanów, na której można dorobić do emerytury, to jak wytłumaczyć niedawny powrót Queen? I to w kuriozalnym składzie, bo oryginalni muzycy grupy Brian May i Roger Taylor wyruszyli w trasę ze znanym z Free i Bad Company wokalistą Paulem Rogersem. Tych dżentelmenów trudno podejrzewać o braki na kontach. Co sprawiło, że postanowili występować pod szyldem Queen, choć ten zespół kojarzy się z niezapomnianym Freddiem Mercurym? Tęsknota za dawną popularnością, głód sławy, uderzenie adrenaliny, gdy ze sceny widzi się morze fanów czekających na kolejne piosenki?

Dla odrobiny popularności można zniszczyć nawet własną legendę. Na szczęście świat wielkich gwiazd nie do końca przypomina muzeum. Dawni herosi mają wciąż coś do zaoferowania. Niezłą płytę wydał kilka dni temu Robert Plant - głos Led Zeppelin. Plany nowej płyty i trasy koncertowej ogłosili Rolling Stonesi. Już teraz w ciemno można zakładać, że będzie ona wydarzeniem, a zespół zaprezentuje się w świetnej formie. Jak zwykle.