Od piątku w kinach "Królestwo niebieskie" Ridleya Scotta

To efektowne widowisko historyczne, które przytłacza nieco współczesne przesłanie. Sukcesu "Gladiatora" raczej nie powtórzy

Akcja filmu dzieje się w latach 80. XII wieku - to era wypraw krzyżowych. Jerozolima, odbita przez chrześcijan z rąk muzułmanów w roku 1099, jest teraz rządzona przez trędowatego króla Baldwina IV (Edward Norton), który zniekształconą przez chorobę twarz ukrywa pod maską.

Szlachectwo zobowiązuje

Jeśliby patrzeć przez pryzmat głównych postaci, to "Królestwo niebieskie" jest opowieścią o odkupieniu.

Krzyżowiec Godfryd z Ibelinu (Liam Neeson) wraca do Francji, by pojednać się z synem bękartem, którego dotąd nie uznawał. A kowal Balian z Ibelinu (przybrzydzony brodą Orlando Bloom), najważniejszy w tym filmie, pokuty za grzechy szuka aż w Ziemi Świętej. Na Golgocie składa własny krzyż (dosłownie!).

Bohaterowie Scotta starają się być lepszymi, niż byli. O tej powinności niektórym z nich przypomina akt nobilitacji: delikwent pasowany na rycerza słyszy, jakie ciążą nań szlachetne obowiązki, i dostaje w twarz, by lepiej o nich pamiętał.

Balian próbuje sprostać wyzwaniu - gdy otrzyma posiadłość na pustyni, będzie kopał studnie, bo jego poddani potrzebują wody; gdy król zleci mu ochronę pielgrzymów wędrujących do Jerozolimy, będzie gotów rzucić się z garstką towarzyszy na ogromną armię wroga.

Balian to zresztą bohater specyficzny jak na kino epickie - nie bije od niego energia, jak choćby od rzymskiego wodza z "Gladiatora" tegoż Scotta. To ktoś, kto staje się ważny jakby wbrew sobie. Po prostu życie tak go prowadzi, a on, obolały, poddaje się temu. Obolały, gdyż poznajemy go tuż po stracie dziecka i żony.

Nowy, wspaniały świat

W filmie Scotta jest też jednak szersza perspektywa.

Królestwo Jerozolimskie było szansą na inne niż w średniowiecznej Europie ułożenie życia społecznego. Tu nawet kowal - byle był dzielny - mógł zasiąść przy królewskim stole, a niezaradny arystokrata z Francji lub z Niemiec szybko zmieniał się w nędzarza.

Na krótko udało się coś jeszcze - dzięki sojuszowi trędowatego Baldwina z sułtanem Saladynem (Syryjczyk Ghassan Massoud) chrześcijaństwo i islam trwały w symbiozie.

Scott to przypomina, ale przykładów na to, jak jedni czerpali od drugich, zbyt wielu nie daje. Szok kulturowy przeżywany przez krzyżowców na Wschodzie nie jest tematem "Królestwa niebieskiego".

Intencją Scotta jest raczej to, byśmy patrząc na świat dawny, myśleli o współczesnym. Przyczyny konfliktu na styku religii Chrystusa i Mahometa są przecież wciąż te same: gra o władzę i pieniądze, czyjeś ambicje, duchowy zapał przechodzący w fanatyzm.

Czyja Jerozolima?

"Jerozolima to ja" - powiada zarówno rozsądny Baldwin, jak i jego następca, garnący się do wojny z niewiernymi Gwidon z Lusignan (Marton Csokas). A to przecież idiotyczne myślenie - sugeruje Scott.

Jerozolima to nie monarcha, to nie mury, to nawet nie miejsca kultu. "To ludzie" - jak mówi Balian broniący miasta przed Saladynem. I to właśnie o życie mieszkańców Jerozolimy będzie się troszczył najbardziej.

Wiem, ktoś może powiedzieć, że takie słowa w ustach XII-wiecznego rycerza nazbyt trącą wiekiem XXI. Ale czy na pewno? Pamiętajmy, że po zdobyciu Jerozolimy przez Arabów kościół Grobu Pańskiego był nieczynny tylko przez trzy dni. Potem znów wznowiono ruch pielgrzymów.

Nie ma dwóch zdań - "Królestwo niebieskie" podaje w wątpliwość sens prowadzenia kolejnej krucjaty (dziś rzeklibyśmy - kolejnej wojny). Balian się przed nią broni, ucieka od ciążącej mu sławy obrońcy Miejsc Świętych.

Kunszt i uroda

Czy scenariusz "Królestwa niebieskiego" pióra Williama Monahana oddaje prawdę historyczną? Wystarczy poczytać "Dzieje wypraw krzyżowych" Steve'a Runcimana, by przekonać się, iż wiele upraszcza i przeinacza. Na pewno wiernie przedstawia klęskę krzyżowców pod Hittin w lipcu 1187 r. i to, jak Saladyn potraktował po niej pieczeniarza Renalda z Châtillon (Brendan Gleeson).

"Królestwo niebieskie" jest lepiej skonstruowane niż "Gladiator", ale może nie wzbudzić równego entuzjazmu z powodu swej mrocznej tonacji. To film surowy - zarówno jeśli idzie o postępki ludzi, jak i o barwę kadrów.

Co do kadrów, to Scott już od debiutanckiego "Pojedynku" (1977) przekonuje, że piękne obrazki to jego specjalność. Na temat rzemieślniczego aspektu tego filmu nie ma się co rozwodzić: plenery oraz wnętrza w Hiszpanii i Maroku, kostiumy, użycie komputera w scenach masowych - wszystko to jest na najwyższym światowym poziomie. Gdy podczas oblężenia Jerozolimy pojawia się wyłom w murze, ścierający się w nim rycerze obu armii ukazani z góry wyglądają jak rój pszczół.

Jeśli jakiegoś piękna mi tu zabrakło, to tylko nagości młodej Evy Green (jerozolimska księżniczka Sybilla), którą Bertolucci rozbierał z lubością w "Marzycielach". Cóż począć, purytański Brytyjczyk nie umie docenić walorów kobiecego ciała tak jak zmysłowy Włoch.

"Królestwo niebieskie" (Kingdom of Heaven), reż. Ridley Scott, Wlk. Brytania-Hiszpania-USA-Niemcy, 2005