Muzułmanie i Tony Blair

Zaczyna się źle. Zamiast spotkania z wyborcami na bramie domu kultury w londyńskim East Endzie zastaję kartkę: ?Dzisiejsza debata została odwołana ponieważ kandydaci w ostatniej chwili odwołali przybycie?

Obok stoi jednak grupa kilkudziesięciu mężczyzn: opalone karnacje, niektórzy ubrani w muzułmańskie czapki i tuniki, większość w dżinsy i koszule. Gdy tylko pytam o debatę, wylewają na mnie falę złości i rozczarowania. - To przez Oonę, odwołała swój udział, więc pozostali nie mieliby z kim debatować - tłumaczy młodzieniec, który sam nie ma jeszcze chyba praw wyborczych.

Oona King to dotychczasowa posłanka z tego okręgu i ponowna kandydatka Partii Pracy Tony'ego Blaira. - Nie przyszła, bo bała się, że zrobimy z niej kotleta siekanego. To pokazuje co to za osoba - mówi chłopak. Zgromadzeni ciskają przekleństwa pod adresem partii rządzącej i jej przedstawicielki: "To chuligani", "terroryści", "hieny", "psy wojny" - słyszę ze wszystkich stron.

Temat iracki

W tym zakątku Londynu nie można mieć wątpliwości, co jest głównym tematem kampanii przed czwartkowymi wyborami parlamentarnymi. Wojna w Iraku nadal rozpala emocje. - Ty masz czerwoną krew i ja mam czerwoną krew. Jak ktoś może uważać, że ma prawo zabijać drugiego człowieka? W Iraku zginęło tylu ludzi: cywili, żołnierzy - tłumaczy młodzieniec. - Blair to zbrodniarz wojenny. Mam nadzieję, że rozkwasimy mu nos - dodaje czterdziestoparoletni mężczyzna, który później przedstawi się jako nauczyciel z miejscowej podstawówki. - Głosowanie na laburzystów to poparcie dla zabijania - dodaje ktoś.

W okręgu wyborczym Bethnal Green and Bow we wschodnim Londynie na dwa lata po ataku na Irak rząd nadal musi tłumaczyć się ze swojej decyzji. Wygląda na to, że na dobre stracił poparcie brytyjskich muzułmanów, którzy jeszcze cztery lata temu byli żelaznym elektoratem Partii Pracy. W skali kraju nie przesądzi to o wyniku wyborów. Szacuje się, że wyznawców islamu jest w Wielkiej Brytanii 1,6 mln, czyli 2-3 proc. elektoratu. W okręgach, gdzie imigranci stanowią znaczną część mieszkańców, mogą jednak przeważyć szalę.

Tak jest m.in. w tym wschodniolondyńskim okręgu. Imigranci mieszkają tu od wieków: najpierw Irlandczycy i Żydzi, potem przybysze z Afryki, Chin, Pakistanu i Bangladeszu. Dziś najwięcej jest właśnie tych ostatnich. Według ostatniego spisu powszechnego 39 proc. mieszkańców okręgu to muzułmanie. To drugi najwyższy odsetek w całym kraju. Mężczyźni z którymi rozmawiam przed domem kultury mówią po angielsku, lecz najstarszym tłumaczą dyskusję na bengalski.

Niedaleko stąd do finansowego City, jeszcze bliżej do jednej z głównych atrakcji turystycznych Londynu zamku Tower. Domy są jednak nieco obdrapane, bezrobocie wynosi tu 11 proc., czyli ponad dwa razy więcej niż brytyjska średnia, 60 proc. mieszkańców nie ma samochodu. To w tym okręgu leży tytułowa Brick Lane z powieści Moniki Ali o imigrantach.

Lista zarzutów do Partii Pracy na Iraku się nie kończy. Wiele emocji wywołują także przyjęte w ostatnich latach ustawy, które zezwalają na przetrzymywanie podejrzanych o terroryzm bez procesu i rozszerzają uprawnienia policji dotyczące przeszukiwania domów i aresztowania podejrzanych. (Wielokrotnie krytykowały je organizacje praw człowieka m.in. Human Rights Watch i Amnesty International). - Ciebie nie będą przeszukiwać, tylko Azjatów albo czarnych. Aresztują kogo chcą, a jak już raz trafi się do więzienia to koniec. To jest prawo przeciw słabym - tłumaczy mi nauczyciel.

Takie same zarzuty mają wobec rządu muzułmanie w całej Wielkiej Brytanii. - Chodzi o Irak i ustawy antyterrorystyczne. W 2001 r. Partia Pracy dostała 74 proc. głosów muzułmanów. Teraz już tak nie będzie - mówi Ihtisham Hibatullah, szef departamentu prasy Muzułmańskiej Rady Wielkiej Brytanii, która organizowała debatę i ostro krytykuje Blaira. - Nie radzimy, na jaką partię muzułmanie mają głosować. Wszystko zależy od poszczególnych kandydatów, niektórzy z Partii Pracy nie poparli przecież wojny - tłumaczy. - Jeśli ktoś chce naszego głosu, musi na niego zapracować - dodaje.

Brytania patrzy na ten okręg

Bethnal Green and Bow to jeden z okręgów, na których skupiona jest uwaga całej Wielkiej Brytanii. Powodem jest pojawienie się poważnego kontrkandydata dla Oony King, która wyjątkowo gorąco popierała inwazję na Irak. Jest nim George Galloway, który przez lata był posłem Partii Pracy z innego okręgu. Został wyrzucony z partii w 2003 r., gdy wyjątkowo ostro sprzeciwił się Blairowi i stanął na czele antywojennych protestów. Na Galloway'a chce głosować większość mężczyzn z pod domu kultury. Jeden z nich okazuje się działaczem nic nie znaczącej w skali kraju partyjki Respect (Szacunek), którą reprezentuje Galloway. Postanawia pokazać mi, jak się robi porządną kampanię.

W biurze partii wrażenia porządku nie ma za grosz. Wszędzie plakaty, ulotki. W jedynym komputerze znajdują się jednak podobno bezcenne dane o wszystkich wyborcach w okręgu (jest ich ponad 80 tys.). - U wszystkich byliśmy już co najmniej raz. Teraz do wszystkich idziemy drugi raz. A do tych, którzy na pewno poprą George'a pójdziemy w czwartek, żeby nie zapomnieli zagłosować - tłumaczy mi jedna z działaczek.

Samego kandydata doganiamy na jednym z podwórek. Przez tubę z mikrofonem przedstawia się ludziom, którzy wyglądają zza prania rozwieszonego na balkonach. - Salam alejkum. Mówi George Galloway z kampanii antywojennej. Walczę o poparcie dla partii Respect, która zniesie uśmiech z twarzy Tony'ego Blaira. Oni zabili w Iraku ponad 100 tys. ludzi. Głosuj na mnie, nr 5 na liście wyborczej - apeluje.

Na następnym podwórku rozkręca się coraz bardziej: - Skoro rząd ma pieniądze, niech wyda je tu, na biednych, edukację, mieszkania, szpital. Tymczasem oni planują nowe wojny w Iranie, Syrii, Sudanie. Gdzie tylko będą mogli, tam zaatakują. Swoją kontrkandydatkę Galloway nazywa "kukiełką kukiełki" (ona jest kukiełką Blaira, a Blair jest kukiełką Busha).

Wyraźnych przeciwników Galloway'a wydaje się być niewielu. Młody chłopak ma wątpliwości: - Z całym szacunkiem proszę pana, ale ja nie wierzę, że coś się tu zmieni. Wszyscy którzy dochodzą do władzy myślą tylko o sobie - mówi. Galloway ma na to natychmiastową odpowiedź: - Ja taki nie jestem. Gdyby zależało mi na władzy, siedziałbym cicho i podlizywał się Blairowi.

Na następnym podwórku kandydat ściska starszą panią. - To Żydówka - szepce mi do ucha działacz partii. - Znają się? - pytam. - Nie, ale na ostatnim wiecu ona bardzo ładnie się wypowiedziała - mówi. Sztuka prowadzenia kampanii polega także na tym, by zapamiętywać twarze, każdego traktować indywidualnie.

W Londynie muzułmanie mieszkają obok ludzi praktycznie wszystkich innych narodowości. Czy od czasów zamachów terrorystycznych na Nowy Jork i Waszyngton i przyjęcia przez rząd ostrych ustaw antyterrorystycznych coś się we wzajemnych stosunkach zmieniło? Zdania na ten temat są podzielone. - Ludzie się kochają, wszystko co złe przychodzi z góry - uważa starszy mężczyzna w muzułmańskiej tunice z pod domu kultury. Inni są nieco bardziej krytyczni wobec współobywateli. - Tu mieszka już trzecie pokolenie naszych imigrantów. Pierwsze pracowało w fabrykach, drugie głównie prowadziło restauracje, trzecie jest coraz bardziej wykształcone, pracują w biurach. Niektórym się to nie podoba. Uważają, że powinniśmy imać się tylko marnych prac - mówi nauczyciel. Generalnie rzecz biorąc jako problem postrzegani są jednak politycy, a nie stosunki z współobywatelami.

Według działaczy Respect kandydaci innych partii nie opierają się w tak dużym stopniu na kampanii bezpośredniej. - Baliby się rozmawiać z ludźmi twarzą w twarz - tłumaczy jeden z nich. W to akurat wątpię. W brytyjskim systemie okręgów jednomandatowych, gdzie wygrywa ten kto zdobył najwięcej głosów, niezależnie od tego ile, liczy się każdy wyborca którego można przekonać. W 2001 roku Oona King miała nad następnym kandydatem przewagę około 10 tys. głosów (zdobyła ich 50,5 proc., podczas gdy drugi kandydat z partii konserwatywnej tylko 24,3 proc.). To jednak wynik, o którym teraz nie ma co marzyć. Musi walczyć o każdego. Robią to także Konserwatyści i Liberalni Demokraci (jedyna ze znaczących partii, która była przeciw wojnie). Obie partie wystawiły kandydatów, którzy są muzułmanami, po ulicach dzielnicy jeździ samochód który nawołuje do głosowania na konserwatystów... po bengalsku.

Wydaje mi się, że także Galloway w niektóre rejony się nie zapuszcza. Na jednej z głównych ulic ze strony białych mieszkańców spotykają go gwizdy i okrzyki "zamknij się". Kilka okien oblepionych jest plakatami laburzystów.

Po dwóch godzinach włóczenia się za Galloway'em bolą mnie nogi i mam tego dość. Kandydat ani myśli przestać. Na koniec pytam go o jeden z koronnych argumentów Laburzystów w ostatnich dniach: że głos na kogokolwiek innego niż oni w praktyce będzie głosem na Konserwatystów, którzy są drudzy w sondażach. Galloway nie chce jednak tego słuchać. - W tym okręgu ja jestem jedynym, który ma szansę pokonać Partię Pracy - ucina. Ma rację. W skali kraju będzie to jednak tylko symboliczne zwycięstwo, głos protestu przeciw polityce rządu. Rząd raczej się nie zmieni.