Marks wiecznie żywy

?Karol Marks. Biografia? to pierwsza większa książka na temat myśliciela z Trewiru, jaką napisano po 1989 r. Popularny angielski dziennikarz Francis Wheen twierdzi w niej, że po upadku komunizmu Marks tylko zyskał na aktualności

Sprawdźmy, na ile przepowiednie Marksa sprawdziły się w rzeczywistości - proponuje Wheen w swojej książce. "Według jego prognoz w miarę dojrzewania kapitalizmu będziemy świadkami okresowych recesji, stałego wzrostu uzależnienia od technologii oraz rozwoju wielkich, quasi-monopolistycznych korporacji, rozpościerających swoje lepkie macki po całym świecie w poszukiwaniu nowych rynków. Gdyby nie wydarzyło się nic takiego, musielibyśmy przyznać, że staruszek plótł androny. Cykle wzrostu i załamań gospodarki państw zachodnich w dwudziestym wieku, podobnie jak obejmująca cały świat dominacja Microsoftu Billa Gatesa dowodzą jednak czegoś innego".

Po tym cytacie widać już chyba dość wyraźnie dwie cechy odróżniające tę biografię Marksa od poprzednich. Po pierwsze, jako jedyna jest napisana już po upadku komunizmu, a więc sporo uwagi poświęca pytaniu "co z Marksem po zimnej wojnie?", którego z oczywistych powodów nie mogli sobie zadać Isaiah Berlin w klasycznym eseju biograficznym z roku 1939 ani David McLellan w najdokładniejszym dotąd opracowaniu z roku 1973. Po drugie, książka Wheena napisana jest po dziennikarsku, z ostrym polemicznym zacięciem, stylem lekkim, ale także niestety powierzchownym - próżno szukać tutaj filozoficznej refleksji na miarę Berlina czy Kołakowskiego.

Marks miał rację?

Pytanie o Marksa po roku 1989 jest jednak na tyle interesujące, że nawet w powierzchownym ujęciu może inspirować do ciekawych rozważań. Wheen rozpoczyna swoją biografię osobistym wstępem, w którym wyznaje, że gdy zaczął ją pisać, "znajomi patrzyli na niego z troską i niedowierzaniem. Dlaczego, dziwili się, ktoś chce w ogóle pisać o tak skompromitowanej, niemodnej i ostatecznie nieistotnej postaci?". A jednak im więcej się dowiadywał w miarę zbierania materiałów, tym bardziej "ku jego zdumieniu" temat okazywał się aktualny. Głównym uzasadnieniem tej aktualności ma być cytat z anonimowego nowojorskiego bankiera, który w 1997 roku powiedział "New Yorkerowi", że im dłużej pracuje na Wall Street, tym bardziej jest przekonany, że Marks miał rację.

Sama kwestia "racji Marksa" tymczasem już jest uproszczeniem, Marks wypowiadał się bowiem na wiele różnych tematów, od odczytywania Szekspira po modę męską. Zwykłe prawo wielkich liczb mówi więc, że w czymś rację mieć musiał - a w czymś się musiał mylić. Oczywiście, zwykle gdy mowa o racji filozofa, chodzi o prawdziwość głoszonego przez niego -izmu, ale tutaj właśnie zaczyna się problem. Sam Marks przecież deklarował, że nie jest marksistą i marksizm jako taki go zwyczajnie nie interesuje.

Metafizyczny walec dziejów

Isaiah Berlin wykazał, że w pismach Marksa da się oddzielić dwa odrębne elementy. Jednym z nich jest krytyka kapitalizmu (krytyka nie w sensie "potępienia", tylko w sensie chłodnej analizy niczym krytyka dzieła sztuki). Drugim zaś jest metafizyczne przekonanie o tym, że jest coś takiego jak Niewzruszone Prawa Historii, którym jednostka nie może się przeciwstawiać, zostanie bowiem wtedy nieuchronnie zmiażdżona przez to, co marksiści poetycko opisywali czasem jako "walec dziejów".

O ile Marks jako krytyk kapitalizmu starał się przestrzegać reguł naukowej rzetelności (pisał "Kapitał" w bibliotece British Museum nie dlatego, że tam się wygodnie pracuje - w istocie z powieści Davida Lodge'a "British Museum w posadach drży" wiemy nawet, że jest wprost przeciwnie), jako prorok Nieuniknionych Wyroków Historii był jednak bliższy religijnym mistykom niż ekonomistom czy filozofom. Tutaj pytanie "czy Marks miał rację" nie ma sensu, tak samo jak nie ma ono sensu w odniesieniu do św. Teresy z Lisieux.

Wheen upraszcza sobie zadanie, praktycznie całkowicie pomijając ten aspekt filozofii Marksa i skupiając się w całości na Marksie jako krytyku kapitalizmu oraz na Marksie jako człowieku. Opisuje tu wiele pikantnych detali i chociaż nie ma tu żadnych nowych odkryć dla kogoś, kto interesuje się tematem - to jednak chyba nikt dotąd nie sportretował życia osobistego Marksa z taką werwą, nawet Françoise Giroud w jej głośnym pamflecie "Jenny Marks, żona diabła".

Marks jako krytyk kapitalizmu rzeczywiście niewiele stracił na aktualności. Nie wierzył w sens pojęć takich jak "dobro" czy "sprawiedliwość". Co za tym idzie, wolny rynek opisywał beznamiętnie jako potężny mechanizm, który działa zgodnie ze swoją własną logiką, z której czasami po prostu jako nieuchronny skutek wynika ludzka nędza i cierpienie. I nie jest to niczyja "wina" ani "niesprawiedliwość", tak samo jak nie ma jej w prawach fizyki czy twierdzeniach geometrycznych.

Materializm pozorny

Wheen uważa, że ten beznamiętny język doskonale pasuje właśnie do opisu kapitalizmu z początku XXI wieku, w którym dzięki globalizacji przestano już nawet dbać o pozory. Jeśli taniej jest skorzystać z pracy więźniów w chińskich obozach, to się z niej po prostu korzysta bez rozpatrywania tego w kategoriach moralnych. W zeszłym stuleciu zarząd koncernu IG Farben sądzono w Norymberdze za korzystanie z niewolniczej pracy więźniów obozów koncentracyjnych, dziś zarządy ponadnarodowych korporacji dostają za to samo premię od akcjonariuszy. Tutaj zgadzam się z Wheenem - nie ma lepszego języka od marksowskiego do opisu takich zjawisk.

Wheen unika jednak tego, że język ten bierze się właśnie z marksowskiej metafizyki historii. Przecież jeśli w wynikających z takich zjawisk konfliktach Marks brał stronę pokrzywdzonych, to nie dlatego, że ich lubił - po prostu uważał, że po ich stronie stoi Historia, a więc powinien tam też stanąć każdy, kto nie ma ochoty na miażdżenie walcem. Ten pozorny materializm zaskakująco przypominał przepowiednie religijnych millenarystów kierujących się Ewangelią św. Łukasza - błogosławieni ubodzy, albowiem do nich należy królestwo niebieskie (tyle że Marks i Engels woleli określenie "królestwo wolności").

Od idei do katastrofy

Czy Marks tu też "miał rację"? W odróżnieniu od typowych socjalistów utopijnych w rodzaju Fouriera czy Saint-Simona Marks zdecydowanie unikał opisywania tego, jak owe "królestwo wolności" miałoby wyglądać. Nie przepowiadał też żadnych konkretnych dat. Wiemy tylko, że miało ono nadejść dzięki rewolucji zorganizowanego proletariatu w najbardziej rozwiniętych krajach kapitalistycznych. Proletariat ten - jak ironicznie pisze Wheen - wolał jednak zamienić swoje kajdany na fałszywe roleksy i ani w głowie była mu rewolucja.

To proroctwo raczej się więc nie spełniło (a jego silnie zmodyfikowane wersje autorstwa Lenina i Mao doprowadziły z kolei do zbrodniczej katastrofy), ale po 1989 r. pytanie o to, czy historia ma sens, ma jakieś poznawalne prawa, zmierza w jakimś określonym kierunku, jest przecież istotne, nawet jeśli tym kierunkiem nie musi już być engelsowska linia od "wspólnoty pierwotnej" do "komunizmu" z przystankami "feudalizm" i "kapitalizm". Wheen do takich pytań nawet się nie zbliża.

Jednak z tego, że na ten sam temat dałoby się napisać inną, też ciekawą książkę - nie wynika żaden zarzut wobec tej konkretnie książki, którą czyta się znakomicie, jest też dobrą inspiracją do rozważań na temat współczesności.

Francis Wheen, "Karol Marks. Biografia", przeł. Dominika Cieśla, W.A.B.