Na terror nie ma tu miejsca - reportaż Pawła Smoleńskiego z irackiego Kurdystanu

Iracki Kurdystan jest dziś oazą spokoją. Sami Kurdowie podkreślają, że mogą być przykładem dla całego świata muzułmańskiego, gdyby tylko ktoś chciał to światu pokazać

Włączam telewizję, a tam w CNN mówią, że znów zamach w Bagdadzie - bomba ukryta przy drodze łączącej miasto z lotniskiem zabiła kilka osób. Wyglądam przez okno i widzę dachy rozświetlonego kurdyjskiego miasta Duhok, które kpi sobie z irackiej zawieruchy.

Zijad mówi, że właśnie nadeszła wiadomość z odległego raptem o 60 kilometrów Mosulu: w kurdyjskiej części miasta spokój, w arabskiej terroryści zastrzelili reportera agencji Associated Press. A nad nocnym Duhok wiruje oświetlone kolorowymi lampionami wielkie koło diabelskiego młyna.

Ali przyniósł informację, że iracki minister obrony cudem uniknął śmierci. Zamachowcy ostrzelali ostatni samochód konwoju, ten najbardziej dostojny, z przyciemnionymi szybami, a minister jechał w pierwszym, zupełnie zwyczajnym aucie. A w Dohuk, choć za oknem noc, ludzie spacerują po ulicach, w restauracjach pełno gości, najbliższa rodzina premiera prowincjonalnego rządu irackiego Kurdystanu zajada kolację bez towarzystwa ochroniarzy.

Dohuk i Mosul, Ebril i Bagdad - różne miasta, różne rzeczywistości. Tu spokój, cisza i jasne ulice. Tam bomby i huk prądotwórczych generatorów. Jak mam uwierzyć, że to ten sam kraj?

To żaden cud

Doktor Mahmud - tak nazywają go tu wszyscy - jest legendą Kurdystanu. Lekarz, intelektualista wykształcony na Zachodzie, towarzysz broni zmarłego w 1979 r. Mustafy Barzaniego, ojca kurdyjskiej autonomii. Mahmud w ubiegłym roku zasiadał w tymczasowej radzie zarządzającej, powołanej przez Amerykanów namiastce irackiego rządu. W Bagdadzie nigdzie nie chodził bez kilkuosobowej, uzbrojonej po zęby ochrony. Tu w Dohuk spaceruje sam - niski, siwy jak gołąbek starszy pan. Mówi, że spokój w Kurdystanie to żaden cud. Po prostu nie może być inaczej.

- Mamy tę przewagę nad arabską częścią Iraku, że pozbyliśmy się Saddama 14 lat temu, gdy po pierwszej wojnie w Zatoce i wyparciu irackich wojsk z Kuwejtu Amerykanie ogłosili strefę bezpieczeństwa dla Kurdów - opowiada. - Przez 14 lat wiele można zbudować, wiele się nauczyć. Kurdowie zorganizowali się w społeczeństwo obywatelskie. U nas na terror po prostu nie ma miejsca.

- Po wtóre - ciągnie dr Mahmud - Kurdystan był zawsze odporny na wpływy saddamowskiej partii Baas. Jeżeli więc w arabskich prowincjach Iraku, zwłaszcza w trójkącie sunnickim, funkcjonariusze zdelegalizowanej partii mogli skrzyknąć się w podziemny ruch oporu przeciwko Amerykanom i nowym irackim władzom, w Kurdystanie nie było się komu skrzykiwać.

Po trzecie wreszcie, Kurdowie, choć w znakomitej większości sunniccy muzułmanie, nigdy nie stali się społeczeństwem islamskich radykałów; przy jednej ulicy stoi meczet, kościół katolicki, świątynia jazidów i cerkiew. Muzułmańskie partie religijne działają tu legalnie, lecz ich wpływy są znikome. Słowem - fanatycy z al Kaidy nie mają tu czego szukać.

- Żyjemy tu dostatniej niż w innych częściach Iraku - mówi dr Mahmud. - Nie cierpimy tak bardzo z powodu bezrobocia. Przez 14 lat wolności udało się nam stworzyć demokratyczne struktury, kilkakrotnie przeprowadzić wolne wybory. Kurdystan ma swoje historyczne pięć minut i nie może tej szansy zmarnować. Kochamy życie tak bardzo, jak fanatyczni szahidzi kochają śmierć. A żyć można dopiero wtedy, kiedy jest się bezpiecznym.

Spokój bez Amerykanów

Pozornie wydaje się, że iracki Kurdystan oddziela od arabskiej części kraju niewidzialna granica: tam terror, tu spokój. Lecz jeśli popatrzeć uważniej, granica jest całkiem realna - strzegą jej peszmergowie, kiedyś kurdyjscy partyzanci walczący z Saddamem, dziś regularne wojsko. Z peszmergów utworzono policję i żandarmerię, a nawet straż ochrony przyrody. Może to również jeden z powodów, dlaczego w Kurdystanie jest spokojnie i bezpiecznie.

- Na naszej części granicy ani jeden żołnierz wojsk koalicyjnych nie został nawet ranny - mówi Tamar Ramzan, wojewoda prowincji Dohuk. - Pewnie dlatego, że ich tu prawie nie ma. Niemal od początku istnienia kurdyjskiej autonomii sprawy bezpieczeństwa są w naszych rękach. Obcy żołnierze, choćby najlepiej przeszkoleni, zawsze popełnią jakieś błędy, a peszmergowie wszystko wiedzą i widzą. Wiele zawdzięczamy amerykańskiej armii i nigdy tego nie zapomnimy. Lecz mamy pokój również dlatego, że nie ma tu Amerykanów.

Ale gdzie są, prócz terenów nadgranicznych, peszmergowie? Wjazdów do większych miast pilnują małe posterunki, żołnierzy widać przy ważniejszych budynkach publicznych. To wszystko. Ani lotnych patroli, ani konwojów pojazdów wojskowych, ani zasieków czy betonowych bloków grodzących ulice. Więcej wojska i punktów kontrolnych jest na ulicach miast graniczącej z Kurdystanem Turcji. Gdyby nie informacje z miejsc odległych od Dohuk o kilkadziesiąt kilometrów, można by odnieść wrażenie, że iracka wojna to obca, nierealna rzeczywistość.

- Pierwszy raz w naszej historii Kurdowie rządzą Kurdami - mówi wojewoda Ramzan. - Nasza demokracja nie jest doskonała, potrzebujemy więcej przejrzystości i mniej korupcji, ale władza wywodzi się z narodu, sprawuje urzędy dzięki woli wyborców. Kurdowie współpracują z rządem, z wojskiem, z policją. Mamy tu spokój również dzięki naszej obywatelskiej postawie.

Dr Mahmud doda, że wprawdzie w Bagdadzie ukonstytuował się iracki parlament wybrany przy imponującej frekwencji wyborczej, lecz międzypartyjne targi blokują powołanie rządu. Tak, jego zdaniem, sukces wyborów rozmienia się na drobne. Bez rządu nie może być bezpiecznie. Nawet w sytuacji, gdy - dr Mahmud jest o tym przekonany - fanatyczna mniejszość terroryzuje większość. Irak nie ma władzy wykonawczej, więc Irakijczycy nie mają z kim współpracować.

- A poza tym - dodaje - my, Kurdowie, jesteśmy po prostu inni.

Pokażcie jak sadzimy malwy

Noc, siedzimy w ogrodach uniwersytetu w Dohuk. To miejsce ma rangę symbolu. Za czasów Saddama w rektoracie była siedziba partii Baas. Budynek wydziału prawa był katownią tajnej policji politycznej Muchabarat. W dawnej strzelnicy wojskowej, gdzie wisiały tarcze - tekturowe ludzkie głowy z zaznaczonym punktem pośrodku czoła (żołnierze dostawali nagrody, jeśli trafiali w ten właśnie punkt) - jest dziś wydział medycyny.

Rektor Asmat M. Chalid uważa, że jego uczelnia najlepiej pokazuje, jak zmienia się Kurdystan. - Gdyby tak w arabskim Iraku zamienić więzienia i dawne Saddamowskie koszary na wyższe uczelnie - rozmarza się - tam również byłoby spokojnie.

Prof. Chalid radzi jednak, by uzbroić się w cierpliwość. Kto kilkanaście lat temu przypuszczałby, że wygłodzony i zmasakrowany Kurdystan już niebawem przemieni się w oazę spokoju? Nikt, nawet najwięksi wizjonerzy nie mieli takiej śmiałości. A jednak udało się, więc musi się również udać w arabskich prowincjach.

Choć to prawda, przyznaje, że Kurdowie są inni od Arabów czy Persów. I różnią się nie tylko językiem czy obyczajami.

- Przez stulecia nasi sąsiedzi powtarzali całemu światu, że Kurdowie to naród dziki i krwawy, niezdolny do samodzielnego rządzenia się w ładzie i w pokoju - mówi. - I świat uwierzył w te brednie, patrzył obojętnie, gdy Kurdom działa się krzywda. Różnimy się od Arabów z Iraku czy z Syrii, od Turków i Irańczyków, gdyż chcemy pokazać, że zostawieni sami sobie, nie najgorzej ułożymy sobie życie. Na całym Bliskim Wschodzie nie ma dziś miejsca bardziej spokojnego niż iracki Kurdystan. Może być przykładem dla wielu krajów regionu. Jaka szkoda, że świat ciągle nie chce tego dostrzec. Nie zobaczy pan w CNN reportażu, że kiedy w Bagdadzie wybuchają bomby, my w Dohuk sadzimy przed domami róże i malwy.