Rozmowa z premier Nowej Zelandii

Wiemy, że dialog z Europą należy prowadzić nie tylko w Brukseli, ale także we wpływowych stolicach. Dlatego otworzyliśmy ambasadę w Warszawie - mówi ?Gazecie? Helen Clark, premier Nowej Zelandii

Dominika Pszczółkowska: Przyjechała Pani do Warszawy, by otworzyć nowo powstałą ambasadę. Dlaczego zdecydowaliście się Państwo na nią właśnie teraz?

Helen Clark: Polska weszła do UE. Jest dużym krajem w Unii. Nowa Zelandia wkłada bardzo dużo pracy w swe stosunki z UE. Gdy dziesięć nowych krajów miało wejść do Unii wiedzieliśmy, że musimy zwiększyć naszą obecność w tym regionie, a Polska była logicznym wyborem. Chcemy rozmawiać przede wszystkim o polityce międzynarodowej i handlu, ale także np. o ochronie środowiska. Wiemy, że dialog z Europą należy prowadzić nie tylko w Brukseli, ale także we wpływowych stolicach.

Polskę i Nową Zelandię łączą historyczne więzy, o których wie niewielu Polaków. Chodzi mi o naszych rodaków, którzy dotarli do Nowej Zelandii podczas II wojny.

- W czasie II wojny Rosjanie wywieźli wielu waszych obywateli do obozów pracy, wiele osób zginęło. Gdy Rosja przystąpiła do wojny po stronie aliantów, zaczęły się negocjacje, co zrobić z wywiezionymi ludźmi. Rząd Nowej Zelandii zaoferował się przyjąć dużą liczbę polskich dzieci i ich opiekunów. Często były to same dzieci, bez rodziców. Przez Kazachstan, Uzbekistan trafiły do Iranu. Stamtąd statkiem dostały się do Nowej Zelandii. W sumie było to 730 dzieci i 120 dorosłych.

Na początku zamieszkały w obozie około stu mil na północ od [stolicy Nowej Zelandii] Wellington. Spędziły tam trzy - cztery lata. Potem rozmieszczono je w szkołach lub znaleziono pracę w różnych częściach kraju. Wiele dzieci poszło do katolickich szkół z internatem. Oczywiście spodziewano się, że po wojnie będą mogły wrócić do domu. Po wojnie okazało się jednak, że polskie aspiracje, by znów stać się krajem decydującym o swoim losie się nie spełniły. Niektóre rodziny zgłosiły się po swoje dzieci, szczególnie mężczyźni, którzy służyli w wolnym polskim wojsku. Większość jednak pozostała.

Dziś mają po 70, 80 lat. Polską społeczność nadal łączą bardzo silne więzy, nawiązane jeszcze w Iranie, podczas długiej podróży lub już w Nowej Zelandii. Trzech mężczyzn z tej grupy przyjechało teraz ze mną do Polski. Pan John Wojciechowski jest honorowym konsulem Polski. Pozostali to dwaj bracia Kubiak. Jeden nadal przewodniczy polskiemu stowarzyszeniu. Od czasu, gdy zostali wywiezieni do Rosji, nigdy tu nie byli, to ich pierwsza wizyta.

Od 1 kwietnia 2005 r. Nowa Zelandia zniosła wizy dla turystów z Polski.

- Tak. W zeszłym roku jako jeden z nielicznych krajów zdecydowaliśmy się znieść wymóg wizowy dla wszystkich nowych krajów UE. To oczywiste, że w interesie obu stron jest jak najmniej barier utrudniających podróżowanie i interesy.

Co szczególnie poleciłaby Pani turystom z Polski w Nowej Zelandii?

- Nasz przemysł turystyczny jest bardzo rozwinięty i zadowoli różne gusta. Nowa Zelandia jest mekką dla młodych ludzi szukających przygód: wspinaczka górska, skakanie na bungee, rafting, eksploracja jaskiń. Mamy świetne tereny narciarskie, plaże, miejsca do uprawiania sportów wodnych. Niektórzy przyjeżdżają, by grać na naszych polach golfowych. Inni udają się szlakiem "Władcy Pierścieni", by obejrzeć, gdzie kręcono film, albo szlakiem winnym czy krajobrazowym. Są wspaniałe trasy do wędrówek. Wielu Europejczyków interesuje kultura maoryjska. Są też duże miasta, kasyna. Dla każdego znajdzie się więc coś miłego.