Komentuje ukraiński ekspert

Wacław Radziwinowicz: Czy NATO w Wilnie szeroko otworzyło przed Ukrainą drzwi do Sojuszu, czy tylko wykonało zachęcający gest?

Walentyn Badrak, dyrektor kijowskiego Ośrodka Badań Armii, Konwersji i Uzbrojenia: Powiedzmy, że na razie tylko przekręcił się klucz w ich zamku. Proszę zwrócić uwagę, że w Wilnie nie było mowy o żadnym terminie naszego wstąpienia do NATO czy o procedurze, zgodnie z którą to się może stać. Trzeba przyznać, że Zachód w Wilnie po prostu dał sygnał Ukrainie, że ona w wysiłkach wstąpienia do NATO znowu może liczyć na poparcie, że kredyt zaufania, który tak beztrosko roztrwonił Leonid Kuczma, odrodził się i znowu jest na naszym koncie.

Czy to wystarczy, by wprowadzić Ukrainę do Sojuszu?

- Absolutnie nie. Przede wszystkim ogromną robotę musimy sami zrobić w naszym kraju...

Wasz szef MSZ Borys Tarasiuk obiecywał, że na niezbędne dla zbliżenia Ukrainy do standardów NATO reformy potrzebujecie tylko trzech lat...

- Myślę, że to potrwa znacznie dłużej. Reforma armii czy reforma administracji potrwają dłużej. Ale nie to są zadania najtrudniejsze. Przede wszystkim musimy przekonać własne społeczeństwo, że Ukraina powinna się stać członkiem Sojuszu. Dziś chce tego 30 proc. Ukraińców. Pozostali trzymają się sowieckich uprzedzeń antynatowskich. Media rosyjskie, których wpływ na Ukrainie po pomarańczowej rewolucji, jakkolwiek by to brzmiało paradoksalnie, wciąż rośnie, robią, co mogą, by te uprzedzenia wzmocnić.

Kiedy wejście do NATO będzie możliwe?

- To nie zależy tylko od nas, ale przede wszystkim od tego, kiedy politycy zachodni zdecydują, że trzeba to zrobić. Rosja postara się, by stało się to jak najpóźniej. A wielu na Zachodzie, choćby Francuzi, nie bardzo chce widzieć Ukrainę. Tak więc klucz w zamku się przekręcił. I to cieszy. Kiedy drzwi się choć uchylą, wciąż nie wiadomo.