Chora kasa opery

Kto jest odpowiedzialny za kryzys finansów w Operze Narodowej? Dyrektor Jacek Kaspszyk zrzuca winę na Ministerstwo Kultury, ministerstwo - na Kaspszyka. A Opera coraz bardziej przypomina nierentowną firmę bez dna, do której państwo wrzuca coraz więcej pieniędzy. Czy sytuację rozwiąże Mariusz Treliński, nieoficjalny kandydat na szefa Opery?

Zaczęło się od tego, że w marcu Ministerstwo Kultury ujawniło, że Opera ma 6 mln zł długu. Od zeszłego roku teatr nie płacił na ZUS i Fundusz Świadczeń Socjalnych, mimo że dostaje najwyższą dotację wśród polskich scen - w tym roku ponad 61 mln zł, w ubiegłym 58 mln zł.

W związku z długiem podał się do dymisji Jacek Kaspszyk, który od trzech lat pełnił funkcję dyrektora artystycznego i naczelnego opery (zastąpił Waldemara Dąbrowskiego). Min. Dąbrowski odłożył decyzję w sprawie odwołania Kaspszyka do zakończenia kontroli. Ale wszystko wskazuje na to, że Kaspszyk będzie musiał odejść: - Dyrektor naczelny Opery był na bieżąco informowany przez swoją księgowość o narastającym długu. Mimo to nie podjął żadnych kroków zmierzających do spłaty zadłużenia, a środki finansowe wydatkował na inne cele - czytamy w oficjalnym stanowisku rzecznika ministerstwa Anny Godzisz.

Dobry artysta, zły menedżer

Jeszcze trzy lata temu Dąbrowski nie miał wątpliwości, że Kaspszyk to dobry kandydat. Był dyrektorem artystycznym od 1998 roku i współautorem sukcesu Opery. To za dyrekcji Dąbrowskiego i Kaspszyka zabłysła gwiazda Mariusza Trelińskiego, a teatr zaczął współpracować z renomowanymi scenami na świecie: Operą Waszyngtońską i operą w Los Angeles. Jako minister Dąbrowski pomógł swemu następcy, hojnie sypiąc groszem: dotacja dla Opery wzrosła w ciągu trzech lat z 42 mln zł do ponad 61 mln zł, w tym na same inwestycje 6 mln zł.

Kaspszyk sprawdził się jako szef artystyczny, podniósł poziom orkiestry i chóru, kontynuował współpracę z Trelińskim, sprowadzał zagranicznych solistów, m.in. ze znakomitego Teatru Maryjskiego z Sankt Petersburga. Teatr występował za granicą, m.in. w Londynie i Moskwie, gdzie entuzjastycznie przyjęto "Oniegina", a nagrany dla EMI "Straszny Dwór" otrzymał platynową płytę. Ale jako menedżer stracił kontrolę nad finansami.

- O długu było wiadomo już od dawna - mówią anonimowo pracownicy Opery. Zamiast na ZUS pieniądze szły na honoraria i bieżące wydatki - wizyta Achima Freyera czy gościnne występy Nederlands Dans Theater. Podobno z pieniędzy na ZUS dokładano także do wyjazdów zagranicznych. Ministerstwo nie chce potwierdzić tych informacji do zakończenia kontroli.

Ale kryzys dotyczy nie tylko zadłużenia. Mówi pracownik Opery: - Teatr ogarnęła inercja. Brak jest spójnej myśli, jak nim kierować, jak pozyskiwać publiczność. Komplety na widowni są tylko na spektaklach Trelińskiego. Na innych, by zapełnić widownię, teatr rozdaje bilety. Swoją lożę ma ministerstwo. Korzystają z niej znajomi znajomych, którzy oczywiście za bilety nie płacą.

Kowal zawinił, cygana powiesili

Sam Kaspszyk przyznaje, że nie można pogodzić fukcji szefa naczelnego, artystycznego i głównego dyrygenta. - Pełniłem tę funkcję z uszczerbkiem dla mojej kariery dyrygenckiej, przez ostatnie dwa lata musiałem odrzucać propozycje koncertów za granicą.

Kaspszyk po odejściu Dąbrowskiego szukał dyrektora naczelnego, ale nikogo nie znalazł. Dlatego sytuację z ZUS potraktował jako pretekst do ustąpienia. Ale odpowiedzialności za zadłużenie nie chce wziąć na siebie. Twierdzi, że zastał dług, obejmując w 2002 r. stanowisko dyrektora naczelnego. Jego zdaniem był to skutek wcześniejszego cięcia dotacji oraz podwyżek pensji, na które zgodził się rząd.

Rzeczywiście, jeszcze za dyrekcji Dąbrowskiego Ministerstwo Kultury dwukrotnie zmniejszyło dotację dla Opery Narodowej: razem o ok. 7 mln zł, czyli mniej więcej tyle, ile wynosi obecne zadłużenie.

Teraz min. Dąbrowski za pośrednictwem rzecznika odcina się od tego: "Zdaniem ministra nie ma żadnego uzasadnienia dla zaciągniętych i niespłaconych przez Operę Narodową długów, m.in. dlatego, że od 2003 r. do 2005 r. dotacja Ministerstwa Kultury na wydatki bieżące teatru wzrosła łącznie o 13 mln zł".

Według dyrekcji Opery ministerstwo od ponad dwóch lat wiedziało bardzo dobrze o praktyce niepłacenia na czas składek ZUS-owskich i wówczas nie interweniowało mimo zaleceń NIK, który rok temu przeprowadził kontrolę w ministerstwie. Dyr. Kaspszyk dziwi się, dlaczego zareagowano dopiero w tym roku.

Wersję Kaspszyka potwierdza Marek Weiss-Grzesiński, reżyser operowy, od września zastępca szefa artystycznego Opery Narodowej. - Dyrekcja opóźniała płacenie składek na ZUS, aby uregulować aktualne wydatki i zapłacić honoraria. Robiła tak, bo dotacja z ministerstwa przychodzi w nieregularnych transzach.

Kres tej praktyce przyniosła w marcu zmiana przepisów, która zmusza płatników ZUS do rozliczania się na bieżąco. Tym, którzy nie płacą, grozi zablokowanie konta, wpis do hipoteki, karne odsetki i grzywna. Aby spłacić zadłużenie, Opera musiała więc sięgnąć do pieniędzy przeznaczonych na inwestycje: 3,7 mln wpłynęło do ZUS w ostatnich dniach marca, pozostała kwota ma zostać spłacona do końca czerwca z oszczędności.

Gigant na glinianych nogach

Ta przepychanka między byłym i obecnym dyrektorem Opery nie przyczynia się do wyjaśnienia prawdziwych przyczyn kryzysu.

Opera Narodowa należy do ostatnich instytucji kultury w Polsce, które po 1989 r. nie zostały zreformowane. Teatr Wielki jest wielki nie tylko z nazwy, pod względem problemów socjalnych przypomina nierentowną kopalnię. Cały zespół liczy ponad 1000 etatowych pracowników. To o 200 osób więcej, niż zatrudnia Opera Królewska w londyńskim Covent Garden i o 400 więcej, niż ma opera w Budapeszcie. Pensje plus utrzymanie wielkiego gmachu (odbudowanego w latach 60. kiedy nikt nie liczył się z pieniędzmi) pochłaniają całą dotację.

Ta góra urodziła w tym sezonie mysz: odbyły się zaledwie dwie premiery operowe (nieudana "Tosca" i "Dama pikowa") i jedna baletowa - "Balanchine i muzy". Zaplanowana na 24 kwietnia premiera "Aidy" będzie ostatnią w tym sezonie, dwie kolejne z powodu zadłużenia przeniesiono na następny sezon: balet "Spartakus" i operę "Tristan i Izolda" w wersji koncertowej.

Mówi artysta współpracujący z Operą: - Teatr Wielki to stajnia Augiasza. Praca tutaj to nieustanna walka ze strukturami i ludźmi, którzy należą do poprzedniej epoki. Szańce budowane były przez lata. Jeden drugiego chroni, nikt nie chce się narazić związkom zawodowym.

Nie rzucim pracowni

W operze działają cztery organizacje związkowe, z których najsilniejsza jest "Solidarność" (ponad 300 członków). Ewa Djaczenko, przewodnicząca operowej "S", jest przeciwna wszelkim pomysłom redukcji. - I tak w ostatnich latach zwolniono prawie 200 pracowników - mówi i nazywa obecne zatrudnienie - tysiąc osób - "niezbędnym minimum".

Teatr produkuje na miejscu wszystko, co jest potrzebne do przedstawień: od scenografii, przez kostiumy i rekwizyty po obuwie. Tymczasem na świecie teatry operowe rezygnują z kosztownych pracowni. Tak zrobiła dyrekcja Covent Garden, chociaż jest to jeden z najbogatszych teatrów na świecie z budżetem 80 mln funtów (ok. 480 mln zł). Djaczenko dowodzi jednak, że scenografii czy kostiumów nie da się zamawiać poza teatrem, bo teatr musiałby organizować przetargi, a kostiumy i tak trzeba poprawiać w ostatniej chwili. - I kto to miałby robić? - mówi.

Ale w Polsce ten system już funkcjonuje w kilku teatrach, na przykład gdański Teatr Wybrzeże zamawia elementy scenografii w firmach w całej Polsce i dobrze na tym wychodzi.

Związki bronią przed zwolnieniami i technicznych, i artystów. Przewodnicząca Djaczenko uważa, że w przedstawieniach Opery Narodowej powinni występować etatowi artyści, a nie tylko sprowadzani z zagranicy. Problem w tym, że reżyserzy nie chcą współpracować z etatowymi solistami Opery. Należy do nich Grażyna Ciopińska (sopran), której szczyt kariery przypadł na lata 80. i 90. W ostatnich latach nie występowała na macierzystej scenie, można było ją za to usłyszeć m.in. na koncercie "Opera na wesoło" w Serocku oraz w "Krainie uśmiechu" Lehara na deskach poznańskiego Teatru Wielkiego. Ale Ciopińskiej i innych solistów, którzy występują w jednym tytule w sezonie albo wcale, nie da się zwolnić, bo broni ich Związek Zawodowy Solistów.

Dąbrowski jeszcze jako dyrektor naczelny Opery próbował rozkruszyć stare struktury. Wprowadził m.in. na próbę system "stagione", czyli przedstawień z udziałem specjalnie angażowanych artystów, granych kilkanaście razy pod rząd (spektakle w Operze Narodowej są wystawiane tylko raz po premierze i wznawiane w następnych miesiącach). Taki system jest tańszy, umożliwia zmniejszenie zespołu, który nie jest potrzebny przez cały rok. Ale po jednym spektaklu ("Jaskółce" Pucciniego) pomysł został zarzucony. Kiedy dyrektor został ministrem, nie powrócił już do reformy - ograniczył się do podnoszenia dotacji.

Zdaniem niektórych pracowników Opery obecna sytuacja obciąża także konto Dąbrowskiego. - Nie odważył się na reformę, bo jest zbyt związany z Operą - uważa jeden z członków orkiestry.

Nie ma Herkulesa

Mówi Jacek Kaspszyk: - Teatrowi jest potrzebna zasadnicza reforma zatrudnienia i zarządzania finansami. Można ją było przeprowadzić już dziesięć lat temu.

Według Kaspszyka najbliżej był Janusz Pietkiewicz, ale i on nie wykorzystał szansy. - Żaden dyrektor tego nie zrobi, jeśli nie będzie miał narzędzi, tzn. dopóki nie zmieni się w Polsce ustawodawstwo dotyczące zatrudnienia. Inaczej każdy dyrektor, który będzie chciał przeprowadzić reformę, redukować etaty, będzie miał bunt związków zawodowych - uważa Kaspszyk.

Kto weźmie na siebie to ryzyko? Nieoficjalnie dowiedzieliśmy się, że min. Dąbrowski złożył propozycję objęcia kierownictwa artystycznego Mariuszowi Trelińskiemu, ale reżyser jeszcze nie podjął decyzji. I nie chce komentować sytuacji w Operze.

Nawet gdyby Treliński się zdecydował, potrzebuje do współpracy sprawnego menedżera. Także związkowcy chcą rozdzielenia stanowisk dyrektora naczelnego i artystycznego. Na razie jednak nie widać Herkulesa, który podjąłby się oczyścić tę stajnię Augiasza. I pewnie przed wyborami nie znajdzie się taki śmiałek.