Mobbing z korupcją w tle

Przez trzy lata naczelnik urzędu skarbowego prześladował swoją pracownicę za to, że zawiadomiła go o próbie korupcji. Wczoraj rozpoczął się proces o mobbing

W Sądzie Pracy w Łomży zaczął się proces, jaki Ewa G. wytoczyła urzędowi skarbowemu. Żąda odszkodowania za utracone zarobki i zadośćuczynienia za trwające od trzech lat naruszanie jej godności i dobrego imienia, za utratę zdrowia spowodowaną mobbingiem (leczy się na depresję). W sumie 51 tys. zł. Żąda też zakazania naczelnikowi urzędu dalszego szykanowania jej.

Pechowa reklamówka

Wszystko zaczęło się w jesienny wieczór 2002 r. W domu odwiedził ją Artur P., b. policjant, mąż koleżanki z pracy. Sugerował, żeby pewnej pani przychylnie naliczyć podatek za zakupione działki. Po jego wyjściu Ewa G. znalazła reklamówkę, a w niej czekoladę, kawę i 200 zł.

Zadzwoniła do kobiety, za którą wstawiał się Artur P. Ta przyznała, że to od niej, ale nie chciała łapówki przyjąć z powrotem. Ewa G. wysłała jej więc przekazem pocztowym 200 zł i kazała przyjść po czekoladę i kawę. Niezwłocznie zawiadomiła naczelnika urzędu Janusza M.

- Zachował się tak, jakby chciał sprawę zbagatelizować. Chciał, żebym oddała mu dowód nadania tych 200 zł. Odmówiłam. Żona Artura P. była lubianą przez niego pracownicą, a to przecież ona musiała powiedzieć mężowi, kto zajmuje się sprawą tej pani od działek - opowiada Ewa G.

Przez miesiąc naczelnik nic nie zrobił z jej doniesieniem. Po jej ponagleniach sprawa trafiła do policji. Ale naczelnik cofnął Ewie G. upoważnienie do podpisywania pism, podejmowania rozstrzygnięć i wydawania opinii. Ze starszego inspektora zdegradował ją do stanowiska domokrążnego poborcy podatkowego, z niższą pensją. Od tamtego czasu dostawała regulaminowe premie najniższej wysokości. W okresowej ocenie naczelnik wpisał jej działanie szkodzące wizerunkowi urzędu polegające na doniesieniu o próbie przekupstwa.

Sprawa korupcji najpierw została umorzona. - Policja mnie nawet formalnie nie przesłuchała - mówi Ewa G. - Nie mogłam się odwołać, bo nie jestem stroną w sprawie. Mógł naczelnik, ale nie chciał. Zrobił to dopiero po tym, jak interweniowałam u dyrektora Izby Skarbowej w Białymstoku.

W końcu sąd uznał winę Artura P. i kobiety, w imieniu której dał łapówkę.

Ile razy do toalety

Ewa G. odwołała się do sądu pracy o przeniesienie jej na niższe stanowisko. Wygrała, ale naczelnik znów ją zdegradował.

Sąd znowu przywrócił Ewę G. na poprzednie stanowisko, stwierdzając, że podana przez naczelnika przyczyna - fikcyjna, "stanowiła kolejny przejaw szykanowania przez pracodawcę''. - Wyroków się nie komentuje, ale ja Ewę G. inaczej oceniam. Były do niej zastrzeżenia po kontroli z izby skarbowej - mówi naczelnik.

Ewa G.: - To były niedociągnięcia, jakie mogą zdarzyć się każdemu. I nawet w wyroku sąd powiedział, że wynikały z nadmiernych obowiązków, jakie na mnie nałożono.

Nakładanie nadmiernych obowiązków to jeden z dowodów na mobbing, jakie Ewa G. wymieniła w pozwie do sądu. A także m.in. publiczne podważanie jej kwalifikacji zawodowych, demonstracyjne kontrolowanie (łącznie z tym, ile razy wychodzi do toalety), zmniejszanie zarobków.

Napisała też, że naczelnik groził jej zwolnieniem z pracy, jeśli nie przestanie wracać do sprawy przekupstwa. - Przez zaniżanie premii będę miała niższą emeryturę. Od trzech lat znoszę szykany. Koleżanki i koledzy wiedzą, że rozmowa ze mną jest źle widziana. Mimo to nie odsunęli się ode mnie. Tylko dzięki temu wytrzymałam - mówi Ewa G.

Naczelnik zaprzecza, że szykanuje Ewę G.: - Proszę napisać, że moje działania mają wyłącznie na celu to, żeby obywatele byli zadowoleni z działania urzędu - mówi.

Od stycznia 2004 r. roku mobbing wprowadzono do kodeksu pracy. Polega on na uporczywym i długotrwałym nękaniu lub zastraszaniu pracownika, wywoływaniu u niego zaniżonej oceny, poniżaniu, ośmieszeniu, izolowaniu od zespołu. W sądach jest kilkaset spraw o mobbing. Niedawno przed Sądem Pracy w Gorzowie Wielkopolskim były pracownik urzędu pracy wyprocesował od pracodawcy 100 tys. zł za naruszenie dóbr osobistych i utratę zdrowia.