Dead Can Dance - niezniszczalna legenda

Utworom Dead Can Dance bliżej raczej do dzieł muzyki klasycznej, które niezależnie od epoki brzmią ponadczasowo. Dlatego koncert w Sali Kongresowej nie miał w sobie nic z nostalgicznej wycieczki w przeszłość, lecz był prawdziwym wydarzeniem

Magia. Czysta magia płynąca z głośników. Takie skojarzenia wzbudzała we mnie muzyka Dead Can Dance, gdy po raz pierwszy słuchałem płyt tej grupy nadawanych przez radiową "Trójkę".

Trudno mierzyć się z takimi wspomnieniami. Dlatego trochę niepokoił mnie ich koncert w warszawskiej Sali Kongresowej. Jak Lisa Gerrard, Brendan Perry i towarzyszący im muzycy brzmią dzisiaj, ponad 20 lat po debiucie? I po kilkuletniej przerwie spowodowanej nieporozumieniami, w wyniku których zespół zawiesił działalność? Nie za bardzo mam przekonanie do takich powrotów. Na ogół nie wnoszą niczego nowego do obrazu grupy. a często nawet niszczą legendę. Ale nie w przypadku Dead Can Dance. To nie jest grupa, która wyjęta z czasów, w których tworzyła swoje przeboje, zamienia się we własną karykaturę. Czekałem na dwa utwory. Na "De Profundis (Out Of The Dephts Of Sorrow)" otwierające płytę "Spleen And Ideal". Dla mnie porażającą potężnym brzmieniem kompozycję, która raz na zawsze zdefiniowała styl Dead Can Dance. Oraz na "The Song Of The Sibyl". Nieco wyciszony, melancholijny utwór oparty na XVI-wiecznej pieśni katalońskiej, który trafił na płytę "Aion". Nie zagrali żadnej z nich. Wynagrodzili to prawie dwoma godzinami muzyki, w której znalazło się miejsce na utwory z każdego okresu ich działalności. Często sięgali po kompozycje z "Into The Labirynth". Bisy zaczęli od "Black Sun". Innego mojego faworyta z "Aion".

Nadal błyskotliwie łączą muzykę średniowieczną i renesansową, folk z różnych krańców Europy, brzmienia piszczałek, cymbałów i liry z zimnofalowymi, rockowymi klimatami. Lisa Gerrard olśniewa skalą głosu, umiejętnością nagłego przeskakiwania od niskich dźwięków do wysokich tonów. Perry wprowadzał swoimi interpretacjami chwilami nieomal rockandrollowy klimat. Rockandrollowy jak na Dead Can Dance oczywiście.

To był świetny spektakl. Może trochę statyczny, choć ruch na scenie zastępowały światła zamieniające wnętrze Kongresowej to w gotycką katedrę, to w baśniowe dno oceanu. W takiej scenografii muzyka Dead Can Dance sprawdzała się świetnie. Publiczność zgotowała długą owację na stojąco. - Byliście fantastyczni - odwzajemnili się jej muzycy, dziękując już po ostatnim bisie. Chyba nie była to tylko typowa w takich wypadkach kurtuazja.