10 lat po ataku na tokijskie metro sekta ma się dobrze

Sekta, która 10 lat temu wpuściła śmiercionośny gaz do tokijskiego metra, jest dziś dobrze prosperującym przedsiębiorstwem

Gdyby nie to, że atak al Kaidy na USA zdarzył się dopiero kilka lat później, dzień 20 marca 1995 r. uznano by pewnie za "japoński 11 września". Dotąd Japończycy uważali się za obywateli najbezpieczniejszego kraju świata, gdzie nie trzeba było zamykać samochodu, a właściciel szybko odnajdywał zgubiony portfel.

Śmierć z torebek

Poczucie bezpieczeństwa runęło, gdy feralnego ranka pięciu członków sekty Aum Najwyższa Prawda wkroczyło do tokijskich stacji metra. W jednej ręce trzymali foliowe torby wypełnione sarinem (gazem bojowym wynalezionym w Niemczech w latach 30.), w drugiej parasole, którymi przedziurawili plastik. Z podrzuconych w wagonach toreb zaczęła sączyć się śmierć. Ludzie padali w konwulsjach na ziemię, tocząc pianę z ust. Pewnej kobiecie szkła kontaktowe stopiły się z gałkami ocznymi i chirurdzy musieli usunąć jej oczy.

W ataku ucierpiało 5 tys. osób, z czego tysiąc trafiło do szpitali. To, że ofiar śmiertelnych było tylko 12, uważa się za cud.

Najwyższą Prawdę Aum założył w 1987 r. Shoko Asahara, niewidomy nauczyciel jogi. Ideologia sekty była mieszanką przepowiedni Nostradamusa, kultu Sziwy-niszczyciela i biblijnego Armageddonu. Guru uczył, że świat padnie ofiarą kataklizmu nuklearnego, który przeżyją tylko wtajemniczeni. Apokalipsę chciał przyspieszyć, eksperymentując z bronią biologiczną i chemiczną. Wierni powtarzali za nim "modlitwy" na cześć gazu: "Przyszła z nazistowskich Niemiec, niebezpieczna broń chemiczna, sarin, sarin...".

Od innych kultów apokaliptycznych Aum odróżniali jej członkowie - wykształceni i zamożni. Japońscy intelektualiści w późniejszych analizach wiązali ten fakt z ogólnym kryzysem, jakie społeczeństwo Kraju Kwitnącej Wiśni przechodziło w latach 90. Nawykli do dożywotniego zatrudnienia Japończycy stracili wówczas poczucie bezpieczeństwa socjalnego. A sekty - posiadające ścisłą hierarchię, stopnie wtajemniczenia i wymagające bezwzględnego posłuszeństwa - przypominały im strukturę korporacyjną.

Aum była zresztą świetnie prosperującą firmą. Jej członkowie kupowali fiolki z krwią Shoko Asahary po 7 tys. dol. sztuka, brudną wodę z jego kąpieli po 8 tys. za kwartę oraz włosy z brody guru (przyspieszające osiągnięcie oświecenia) po 375 dol. Innym źródłem dochodów był szantaż miejski - sekta informowała władze lokalne, że otworzy na ich terenie nowe biuro, ale może zmienić plany w zamian za dotację... Majątek Aum szacowano na półtora miliarda dolarów.

Według niektórych opinii atak na metro był posunięciem mającym uprzedzić planowane naloty policyjne na biura sekty, o których Aum dowiedziała się zawczasu. Inni uznają go za terroryzm polityczny skierowany przeciw rządowi. Jednak wbrew temu, czego można by oczekiwać po czcicielach apokalipsy, nie było to zbiorowe samobójstwo. Po zamachu aresztowano blisko 200 członków Aum, a 13 przywódców, w tym Shoko Asaharę, skazano na śmierć. Nikt nie został stracony, w Japonii egzekucje wykonuje się niezwykle rzadko.

Druciki na fale mózgowe

Sekta nie została zdelegalizowana - niektórzy twierdzą, że dlatego, iż cieszyła się poparciem niektórych członków rządzącego establishmentu. Jednak delegalizacja byłaby trudna. Aum cieszyła się statusem "korporacji religijnej", który dawał jej zwolnienia podatkowe i ochronę przed działaniami prokuratury.

Po zamachu sąd kazał sekcie wypłacić 35 mln dol. odszkodowań, z czego uzyskano jedną trzecią. Aum ogłosiła bankructwo. W 2000 r. sekta zmieniła nazwę na Aleph (pierwsza litera w alfabecie hebrajskim), a jej nowi liderzy pokajali się za stare grzechy.

Mimo to Shoko Asahara i jego nauki wciąż są obiektem kultu. Adepci godzinami muszą wysłuchiwać mantry recytowanej z taśmy przez uwięzionego guru. Sekta po 10 tys. dol. sprzedaje czapeczki z drucikami przewodzącymi prąd, dzięki którym nosiciel odbiera te same fale mózgowe co Asahara. Przywódca zaleca wypłukiwanie "złej energii" przez siedzenie godzinami w gorącej wodzie, co spowodowało już kilka zgonów ludzi o słabszych sercach.

Liczba członków sekty spadła z 11 tys. przed dekadą do 1,6 tys. dziś. Nowych rekrutuje się pod przykrywką klubów jogi, astrologii lub karate. Japońska młodzież nie pamięta ataku w metrze, a jeśli nawet, to nazwa Aleph nic im nie mówi.

Roczny dochód grupy szacuje się na 10 mln dol. - połowa z wpłat członków, połowa z prężnie działających firm komputerowych będących własnością sekty. Kilka lat temu media ujawniły, że zlecenia dawał im nawet rząd.

Sondaż przeprowadzony wśród ofiar ataku na metro pokazał, że ponad połowa nadal odczuwa dolegliwości, np. zmęczenie oczu czy zaburzenia widzenia. Poszkodowani mają żal do rządu, że nie wypłacił im odszkodowań tak jak Amerykanie rodzinom ofiar 11 września.

Zmieniło się tyle, że dziś - o czym podczas niedzielnych uroczystości żałobnych zapewnił premier - Japonia jest przygotowana na każdy szaleńczy atak.