Skok za Odrę

O prymat w świadomości Niemców walczą dziś Węgrzy, Czesi, Turcy, Serbowie, Rosjanie. Nie wystarczy zamachać szablą, aby wygrać na konkurencyjnym rynku europejskiej kultury - mówi Joanna Kiliszek, dyrektor Instytutu Polskiego w Berlinie

Roman Pawłowski: Za sześć tygodni rozpoczyna się Rok Polsko-Niemiecki, wielka impreza promująca polską kulturę w Niemczech. Czy Twoim zdaniem przeciętny widz niemieckiego teatru, kina czy galerii interesuje się twórczością polskich artystów?

Joanna Kiliszek: Zwłaszcza wśród młodych Niemców jest wielu sympatyków Polski. Ale nie można polskiej kultury traktować jako monolitu, który jak czarny kamień z filmu Kubricka "Odyseja kosmiczna 2001" spada na ziemię i oglądają go zafascynowane małpy.

Piętnaście lat temu obecność polskiej kultury w Niemczech była na etapie ludowych wycinanek i szopek krakowskich. Kiedy w połowie lat 90. zostałam dyrektorem Instytutu Polskiego w Lipsku, opieraliśmy program na kinie Kieślowskiego i Wajdy. Do tych lokomotyw doczepialiśmy wagony z młodymi twórcami polskiego dokumentu. Dzisiaj lokomotywą promocji jest teatr, już nie tylko spod znaku Krystiana Lupy, Krzysztofa Warlikowskiego i Grzegorza Jarzyny, ale także ich młodszych kolegów. W kwietniu do Berlina przyjeżdża Jan Klata ze swoim przedstawieniem z Wałbrzycha według Witkacego, które dotyka wzajemnych uprzedzeń polsko-niemieckich. Szykuje się wydarzenie.

Czy jest to efekt zmian w polityce promocyjnej, czy również w samej kulturze?

- Jedno i drugie. Znamienny jest tu wielki sukces polskiej sztuki wizualnej. W latach 90. były to dwa-trzy nazwiska, jak Leon Tarasewicz czy Mirosław Bałka. W ostatnich sezonach w galeriach Berlina, Monachium, Hamburga pojawiła się cała grupa artystów, m.in. Katarzyna Kozyra, Paweł Althamer, Artur Żmijewski.

Jednak trzeba zdawać sobie sprawę, że działamy na coraz bardziej konkurencyjnym rynku, jakim jest promocja kultury. O prymat w świadomości Niemców walczą Węgrzy, Czesi, Turcy, Serbowie, nie mówiąc już o niezwykle popularnych tutaj Rosjanach. W tym roku rozpoczyna się trzyletni program wymiany węgiersko-niemieckiej finansowany przez Federalną Fundację Kultury, w przyszłym roku ma się zacząć program czeski.

W takim razie jak mamy się odróżnić od sąsiadów? Czy jesteśmy skazani na żubry i bociany jako podstawę polskiej promocji?

- Trzeba postawić na dwie sprawy: pokazywać polską, młodą sztukę w Niemczech, ale i sprowadzać niemieckich organizatorów i krytyków do Polski. Wcześniej w Lipsku, a teraz w Berlinie organizujemy dla dziennikarzy oraz młodych kuratorów sztuki oraz krytyków i animatorów sceny jazzowej i teatralnej wyjazdy studyjne do Polski. Jeden z zaproszonych był szczególnie oporny, trzy razy odwoływał wyjazd, udawał, że jest chory. Aż wreszcie pojechał i do dzisiaj jest regularnym gościem w Polsce.

Czy przeciętny pan Schmidt interesuje się polską kulturą, bo jest polska?

- Lokalny koloryt jest ważny, ale oczywiście liczy się uniwersalność. Szanse mają artyści, którzy podejmują dialog ze światową sztuką. Jest jednak wielka grupa Niemców, którzy mają wielki sentyment do Polski jeszcze z czasów byłej NRD. Czytali polski "Projekt" , jeździli na Jazz Jamboree do Warszawy. To z myślą o nich przygotowywany jest w Lipsku w tym roku festiwal jazzowy, na którym obok Herbiego Hancocka wystąpi czołówka polskich jazzmanów: Tomasz Stańko, Leszek Możdżer, Zbigniew Namysłowski, Adam Pierończyk. Szanse na sukces ma także ceniona w Niemczech polska muzyka współczesna w wydaniu np. Pawła Mykietyna i Krzysztofa Knittla, a także grupy folkowe jak choćby Kapela ze Wsi Warszawa. Ale są też zaskakujące odkrycia, na przykład Sasha Waltz, wybitna choreografka młodej generacji, chce zaangażować do swego berlińskiego zespołu polskich tancerzy. A w Hanowerze odbędzie się w tym roku festiwal polskiego i niemieckiego hip-hopu finansowany przez stronę niemiecką.

Z tego, co mówisz, wynika, że nie można wymyślać promocji polskiej kultury zza biurka w Warszawie.

- Trzeba rzeczywiście czujnie obserwować nie tylko zmiany w kulturze, ale także w innych dziedzinach, jak refleksja historyczna, polityka czy życie społeczne. W Niemczech rośnie nowe, multikulturowe społeczeństwo, w Berlinie w niektórych klasach szkolnych już 90 proc. dzieci mówi ojczystym językiem innym niż niemiecki. Do nich będzie jeszcze trudniej dotrzeć, bo mają obok niemieckiej drugą tożsamość kulturalną.

Trzeba także planować na wiele lat, co nie jest naszą mocną stroną. W Niemczech wprowadzono system planowania budżetów na dwa lata, w tej chwili przygotowywany jest 2007-08. Potencjał młodych artystów jest w Polsce ogromny. Ale nie wystarczy wsiąść na konia, zamachać szablą i mocno wierzyć, że będzie dobrze.