Biedronka woli teraz procesy niż ugody

Właściciel sklepów Biedronka zmienił taktykę w sporach z byłymi pracownikami. Widząc, że mają kłopoty z dostarczeniem sądowi dowodów na wykorzystywanie, woli procesy. Ugody? Wyjątkowo i za małe pieniądze

O tym, że firma Jeronimo Martins - właściciel sieci Biedronka - nie płaci pracownikom za nadgodziny, głośno zrobiło się we wrześniu. Wtedy przed sądem w Elblągu Bożena Łopacka wygrała proces, w którym domagała się 35 tys. zł za 2600 nadgodzin. Po wygranej w całym kraju ruszyła lawina pozwów przeciwko Biedronce. JM zamiast procesów proponowało byłym pracownikom ugody. Już nie proponuje. Dlaczego?

- Orzeczenie w sprawie pani Łopackiej zostało zaskarżone przez JM do Sądu Apelacyjnego w Gdańsku. Pod koniec stycznia sąd zwrócił sprawę do ponownego rozpatrzenia. Uznał, że Łopacka nie udokumentowała wystarczająco liczby nadgodzin. Prawnicy JM poczuli się pewniej - mówi Lech Obara, prawnik reprezentujący w sądach byłe pracownice Biedronek. - To dlatego nie chcą już przedsądowych porozumień, chyba że za śmiesznie niskie kwoty.

Tak było w Bydgoszczy, gdzie była pracownica domagała się 9 tys. zł, ale przyparta do muru zgodziła się na trzy razy mniejszą kwotę.

Początkowo ugodą miał zakończyć się proces, który ruszył niedawno w Elblągu, ale poszkodowana Renata Jankowska (domaga się 35 tys. zł. za 4000 przepracowanych godzin nadliczbowych) na 3 tys. złotych się nie zgodziła. - Gdyby zaproponowali 20 tys., to bym się zastanowiła. Ale oni zrobili to specjalnie, bo chcą procesu - mówi Jankowska.

Nie dojdzie także do ugody w elbląskim procesie Katarzyny Wiktorzak. Była pracownica sklepu w Morągu domaga się 30 tys. zł za ponad 3000 nadgodzin i 100 tys. zł za utraconą ciążę (ciągnęła paletowe wózki, które ważyły od 500 kg do tony). Na pierwszej rozprawie sąd wyznaczył trzytygodniowy termin na dogadanie się stron co do ewentualnej ugody. - Termin minął, ale nikt z JM nawet się do nas nie odezwał - mówi Lech Obara.

- Wolicie się procesować, zamiast podpisywać ugody? - zapytaliśmy rzecznika zarządu JM Annę Mazurek.

- Chcemy, żeby te sprawy rozstrzygnął sąd - odpowiada.

Zdaniem Edwarda Gollenta, prezesa ogólnopolskiego Stowarzyszenia Poszkodowanych przez JM, na coraz lepsze samopoczucie spółki (a w konsekwencji rezygnację z wypłacania odszkodowania przed procesem) wpływa także to, że sądy nie domagają się od Biedronki przedstawiania ewidencji czasu pracy.

- Sądy chcą, aby to byli pracownicy przygotowali szczegółowe wykazy swoich nadgodzin. Na jakiej podstawie mają to zrobić, skoro nie dysponują ewidencją? - pyta Gollent. - Przecież o to właśnie toczy się spór, że ewidencję fałszowano w celu ukrycia nadgodzin. Komu zależy na spacyfikowaniu problemu?!

Tymczasem na niekorzyść poszkodowanych pracowników zaczynają zeznawać powoływani przez JM świadkowie - osoby aktualnie zatrudnione w Biedronkach.

- Miałem informacje, że co najmniej kilkoro z nich było w ostatnim czasie wożonych na szkolenia do centrali spółki w Warszawie. Po powrocie niektórzy diametralnie zmieniali swoje wcześniejsze zeznania - dodaje Gollent.

Jego zdaniem prokuratura powinna sprawdzić, czy nie wywierano wpływu na zeznania świadków. Stowarzyszenie na razie wstrzyma się ze złożeniem zawiadomienia.

O szkoleniach słyszała także Renata Jankowska i mecenas Obara. Ich zdaniem nawet gdyby nie było bezpośredniego polecenia zeznawania na korzyść firmy, to wiadomo, że osoby zatrudnione w Biedronkach nie powiedzą wszystkiego ze strachu przed utratą pracy. Na razie pozytywnym efektem procesów jest poprawa warunków pracy we wszystkich sklepach Biedronki. Przyznaje to nawet Edward Gollent. W sieci zwiększa się zatrudnienie. Zakupiono też elektryczne wózki do przewozu towarów, a pracownicy zapraszani są na fundowane przez firmę imprezy integracyjne.

Obecnie w sądach toczy się ok. 30 spraw o nadgodziny z powództwa byłych pracowników Biedronek. Co najmniej drugie tyle pozwów czeka do czasu ostatecznego rozstrzygnięcia sprawy Bożeny Łopackiej. Terminu tej rozprawy sąd w Elblągu jeszcze nie wyznaczył