W Białymstoku wystawa "Kompletów" Julity Wójcik

Znana akcjonistka powraca do korzeni. Julita Wójcik tak jak na początku kariery posłużyła się szydełkiem i włóczką

Gwoździem czy może raczej szydełkiem wystawy, która otwiera się dziś, ma być dziergana, nakrochmalona makieta białostockiego Arsenału. Artystka przygotowała też serwetkowy "Serwis kawowy - biała czy czarna?". Wykorzystała w nim postać dziewczynki - logo towarzyszące Wójcik od początku twórczości. - To taki mój znak graficzny (noszę go np. na rękawie kurtki), za którym chciałabym się skryć - tłumaczy artystka. - Tę szansę wykorzystam w projekcie "Gilala" (skrót od "gigantyczna lala", choć kojarzy się też z japońskim filmowym potworem Guilalą).

Do udziału w "Kompletach" Wójcik namówiła też dwie starsze panie, które od lat szydełkują i haftują. - Chodziło mi o osoby, które robią to dla celów wyłącznie zdobniczych, nie dla pieniędzy - mówi Wójcik. - Panie Maria Grygoruk i Janina Tołysz uprawiają prawdziwą domową sztukę, a ich zbiory haftowanych poduszek, serwet i zasłon to przecież swoiste kolekcje, dzięki którym mieszkanie staje się prywatną galerią jej właściciela - dodaje.

Do Julity Wójcik (ur. w Gdańsku w 1971 r.) mocno przywarło określenie "Ta od ziemniaków". Artystka obierała je cztery lata temu w warszawskiej Zachęcie. Od początku swych twórczych działań skupiała się na codziennych kobiecych czynnościach: szydełkowała, uprawiała ogródek, sprzątała. 62 wełniane misie i szydełkowe owce-serwety pokazała w 2000 r. w ramach projektu "Marzenie prowincjonalnej dziewczyny".

Galeria Arsenał, Białystok, wernisaż 4 marca, wystawa potrwa do 3 kwietnia