Carmen triumfuje w Berlinie

Na 55. Festiwalu Filmowym w Berlinie zwyciężyła uwspółcześniona ekranizacja opery ?Carmen" z Południowej Afryki. Werdykt rozczarował, ale festiwal był udany.

Regułą festiwali są dzisiaj zaskakujące werdykty. Tak było też w Berlinie. Złotego Niedźwiedzia nie dostał ani żaden z filmów wymienianych w rankingach krytyki, ani tych wyznaczających główny nurt tego bogatego festiwalu, ani żaden z faworytów publiczności czy z moich własnych. Pozostaje więc jeszcze raz potwierdzić, że najwybitniejszym filmem 55. Berlinale - nagrodzonym dwoma srebrnymi Niedźwiedziami, za najlepszą reżyserię i za rolę Julii Jentsch oraz nagrodą jury ekumenicznego - była "Sophie Scholl. Ostatnie dni" Marka Rothemunda - portret najmłodszej uczestniczki antyhitlerowskiego ruchu Białej Róży, monachijskiej studentki straconej w 1943 r.

Jądrem filmu jest oparta na autentycznych stenogramach sekwencja przesłuchania Sophie na gestapo. Osaczona dziewczyna walczy o ocalenie - swoje, brata, kolegów. A kiedy już wie, że na ocalenie nie ma szans, zaczyna walczyć o prawdę. Pojedynek z gestapowcem na słowa i spojrzenia wytwarza między nimi jakąś magnetyczną więź. Sophie ten pojedynek wygrywa. Sekundujemy jej, najpierw z litością, później już tylko z podziwem. Oto sytuacja, w której ewangeliczna sentencja "prawda was wyzwoli" nabiera całkiem realnego, konkretnego sensu, jest zrozumiała dla każdego. Szkoda, że ten film nie zwyciężył w Berlinie, ale zobaczymy go w Polsce.

Niespodziewany Niedźwiedź

Dostał go film południowoafrykański "U-carmen, eKhayelitsha" zrealizowany przez brytyjskiego reżysera operowego Marka Dornforda-Maya - adaptacja "Carmen" Bizeta przeniesiona do współczesnych slumsów Kapsztadu i wykonana w języku xhosa. Zasługą Dornforda jest stworzenie w Kapsztadzie pierwszego afrykańskiego zespołu operowego. Fantastycznie uzdolnionych śpiewaków rekrutował z lokalnych chórów - ich pierwszym przedsięwzięciem była właśnie "Carmen".

Na potrzeby filmu udało się bez trudu przenieść akcję z XIX-wiecznej Hiszpanii do fabryki papierosów w afrykańskiej eKhayelitsha, skąd pochodzi wykonawczyni roli nieposkromionej Carmen, potężna Paulina Malefane. Zwiedziony jej urokiem Don José jest w filmie czarnym policjantem, nazywa się Jongikhaya. Kabalarka przepowiadająca śmierć Carmen jest czarownikiem i wróży z kości. Kamera w sposób dokumentalny ujmuje aktorów na tle autentycznych murzyńskich baraków.

Emocje wyrażane śpiewem są w Afryce czymś naturalnym. Udał się więc podwójny przeszczep - gatunkowy i tematyczny - z europejskiej opery do afrykańskiego kina. Jednak przy całym szacunku dla tego przedsięwzięcia wydaje się, że nie wnosi ono wiele nowego. Już Jan Kott opisywał Moliera wystawionego w arabskiej Afryce, w fezach na głowie. A do klasyki amerykańskiego kina należy "czarna Carmen" Otto Premingera z lat 50.

Skąd więc ta nagroda? Jury składające się m.in. z trzech aktorek i z projektanta mody, pod przewodnictwem reżysera hollywoodzkiej "Godzilli" i "Dnia Niepodległości", Niemca Rolanda Emmericha, postąpiło tak, żeby nikomu się nie narazić. Jak święconej wody unikało filmów stawiających trudne pytania, niosących ideowe przesłania. A takich filmów w Berlinie nie brakowało.

Przeszłość to dziś

Jury nie podjęło ryzyka, jakiego wymagało nagrodzenie filmu Rothemunda, chrześcijańskiego w przesłaniu. Pominęło wyróżniony przez publiczność antyterrorystyczny thriller Abu-Assada "Paradise Now" - film o niepotrzebnym bohaterstwie. Ten - jak ktoś go określił - palestyński "Popiół i diament" dostał osobną nagrodę "Błękitnego Anioła" dla najlepszego filmu europejskiego.

Pominięto znakomitego francuskiego "Przechodnia z Pól Marsowych" Roberta Guediguiana - film o prezydencie Mitterrandzie, ze wspaniałą rolą sędziwego Michela Bouqueta, zrobiony nie na klęczkach, odbijający współczesną tęsknotę za wybitnym mężem stanu i za lewicowym autorytetem. Wreszcie przestraszono się doskonałego formalnie, choć pewnie bolesnego dla Japończyków filmu "Słońce", o cesarzu Hirohito - trzeciego ogniwa trylogii Sokurowa o końcu epoki boskich władców (poprzednie filmy mówiły o Hitlerze i Leninie).

Nie sprawdziły się reklamowe zapowiedzi dyrektora festiwalu, że na Berlinale dominować będzie rozrywka, seks i piłka nożna. Chyba nikt tego nie żałował. Hasło "Kina zaangażowanego", któremu Berlin pozostaje wierny, w tym roku nabrało sensu. Konkurs zdominowała historia XX wieku. Chodząc do kina, miałem poczucie, że świat nagle spoważniał i na progu jakiegoś przełomu zaczyna sobie przepowiadać własny życiorys.

Na ekranie przewijały się historyczne postacie. Każda była pretekstem do mówienia o współczesności. Nawet Alfred Kinsey, twórca pionierskiego raportu o "Zachowaniach seksualnych człowieka" (1948) - bomby rozsadzającej amerykański purytanizm i inaugurującej rewolucję seksualnej - został przywołany na poważnie. Ciekawy, niejednoznaczny film Billa Condona stawia pytanie: czym jest dziś wolność seksualna? Dla Kinseya - naukowego optymisty - wszelkie zachowania zwierzęcia ludzkiego były naturalne i prowadziły do szczęścia. Dziś myślimy inaczej, bardziej pod wpływem Freuda - seks z jednej strony stał się szeroko dostępnym towarem, z drugiej strony - instrumentem zła. Czy świat XXI wieku, porażony ciemną wiedzą o patologii, nie wkracza w erę nowego purytanizmu, erę pruderii i zakazów?

Powrót do Afryki

Motywem przewodnim Berlinale była Afryka, ale najważniejszym filmem o Afryce nie była "Carmen", tylko "Kiedyś w kwietniu" Raoula Pecka, czarnego reżysera z Haiti, jeden z dwóch filmów o ludobójstwie w Ruandzie. Pierwszym był "Hotel Ruanda" Terry'ego Georga - historia rwandyjskiego Schindlera, czarnego menedżera luksusowego hotelu w Kigali, który uratował setki mieszkańców miasta. Niestety, film okazał się schematycznym melodramatem.

W filmie Pecka nie ma żadnej łatwizny. Wydarzenia z kwietnia 1994 r. oglądamy w wielu planach i kilku przeplatających się wątkach. Młody mężczyzna z będącego przy władzy plemienia Hutu usiłuje ratować swoje dzieci i żonę z prześladowanego plemienia Tutsi. Nie jest mu w stanie pomóc nawet brat pracujący w propagandowym radiu. Widzimy rozkręcającą się dzień po dniu sprężynę zagłady. Przyglądamy się też temu z daleka, z perspektywy urzędników ONZ i Departamentu Stanu USA. Ani Ameryka, ani Narody Zjednoczone nie decydują się na interwencję. Pozwalają Ruandyjczykom się wymordować - pomoc humanitarna przychodzi dopiero potem.

Powinno się zobaczyć ten film. Przyswaja on światu tamtą historię, która okazuje się wcale nie tak odległa. Film Pecka oglądaliśmy tuż po "Losie utraconym" według Kertesza. Ruanda zderzyła się z Auschwitz.

Więcej zaangażowania

Znów konkurs berliński bez filmów polskich. Jedyne polskie akcenty to "Ono" Małgorzaty Szumowskiej w sekcji Panorama i nagrodzona animacja Izabeli Plucińskiej "Jam session". "Pręgi" walczą o Oscara, "Mój Nikifor" jedzie do Karlovych Varów, "Wesele" było w Locarno, a nowy film Piotra Trzaskalskiego "Mistrz" nie znalazł w Berlinie miejsca. Nie bardzo jest z czego wybierać. Marna to pociecha, że nie było też filmu czeskiego, a węgierski "Los utracony" włączono do konkursu w trakcie festiwalu, podobno na skutek interwencji noblisty Kertesza. Choć Berlin leży w Europie Środkowej, Berlinale nie lubi naszego kina. Ten upolityczniony festiwal oczekuje zaangażowania. Co to znaczy "film zaangażowany"? Można być lewicowcem, jak autor filmu o Mitterrandzie. Można patrzeć z boskiego dystansu, jak Sokurow w filmie o cesarzu Japonii. Zaangażowanie nie oznacza doraźnej publicystyki, chodzi o namiętny stosunek do rzeczywistości. Okazuje się też, że temat historyczny wcale nie wymaga wielkich nakładów. Wystarczy dwóch aktorów w czterech ścianach. Trzeba tylko wiedzieć, czego się chce. A my tak trochę ni to, ni owo.