Adaptacja Kertésza na Berlinale

Węgierska adaptacja "Losu utraconego" Imre Kertésza, autobiograficznej powieści laureata Nagrody Nobla, to film prawdziwszy od "Pianisty". Pokazuje, że wszystko jest do zniesienia, nawet ziemskie piekło

Kino jest zawsze współczesne. Nawet kiedy film dzieje się w historycznej przeszłości, dla widza zawsze dzieje się teraz. Chodzi o nas, nie o tych, co umarli. Zastanawiająca jest dominacja tematu historycznego w konkursie berlińskim. Przypadek? Tendencja? A może właśnie tak jest, że ostatnio najciekawsze filmy dotyczą historii? Widocznie jest jakaś potrzeba sięgania do pamięci i doświadczeń XX wieku w sytuacji, gdy historia - która według prognoz politologów "miała się skończyć" - rusza z miejsca.

Węgierski film Lajosa Koltaia "Los utracony" wprowadzono do konkursu w trakcie trwania festiwalu - został ukończony w ostatniej chwili. Miałem obawy co do możliwości sfilmowania książki Kertésza. Potwierdza je zresztą sam początek filmu. Podczas napisów czołowych wchodzi śliczny, mozartowski temat Ennio Morricone. Oglądamy sceny z budapeszteńskiego getta: rodzina przy stole, matka nalewająca zupę, chwytające za serce pożegnanie ojca przed deportacją. Bronię się przed takimi melodramatycznymi obrazami wyeksploatowanymi w amerykańskich filmach "holocaustowych".

Filmowi Koltaia w pierwszej chwili można zarzucić zbytnią ładność. Wypracowane zdjęcia, w scenach obozowych wyprane z koloru, tworzą sekwencje żywych obrazów. Przesuwają się zbliżenia twarzy, ludzkie sylwetki, jakby uchwycone okiem obozowego artysty. Pejzaże z ludzi: chwiejące się szeregi na apelach, w ciszy i w szumie wiatru. Deszcz. Dym z kominów kładący się nisko po dachach baraków. Faktury ziemi, błota, betonu. Las obozowych prycz.

Czas się zatrzymuje. Liczy się tylko ten moment, który należy przetrwać. I właśnie na tym trwaniu, nie na fabule, skupia się film Koltaia. Jego uroda plastyczna w pewnym momencie zaczyna się tłumaczyć. W tym pięknie jest metoda. Obozowe przeżycia musiały mieć coś z halucynacji. Nie słychać w filmie charakterystycznych wrzasków, niemieckich komend - jakby się miało watę w uszach. Obozowa rzeczywistość jest daleko. Nie ogarniamy jej w całości. Jesteśmy wsłuchani w siebie, w swoje ciało, jak po zażyciu narkotyku. Kamera wnika między szeregi więźniów ogrzewających się swoimi ciałami, przekazujących sobie gesty pomocy, solidarności lub na odwrót - wyrywających sobie miskę ciepłej wody, zwanej zupą. Film Koltaia jest zbudowany z takich drobnych gestów. Człowiek w pasiaku kuli się na zimnie, szuka ciepła, przytulności. Znajduje je - i przez moment jest szczęśliwy. Kamera pokazuje "życie na tle możliwości śmierci" (jak powiedziałby Białoszewski). Kiedy w jednej ze scen widzimy z góry, z oddalenia prostokąt z ludzi w pasiakach stojących na deszczu, o dziwo, nie razi towarzysząca temu obrazowi pieśń Morricone. Pieszczotliwa miękkość tego obrazu nie ma nic z kiczu.

Nie widziałem jeszcze podobnego filmu o obozie. Nie jest to film o Zagładzie, tylko o przetrwaniu. Zagłady sfilmować się nie da. Może dlatego mój opór wzbudzały tak efektowne, tak sprawnie opowiedziane wielkie filmy Spielberga, Polańskiego. Kertész nie kłamie. "Los utracony" pokazuje, że wszystko jest do zniesienia, nawet ziemskie piekło. Ale nie ma to nic wspólnego z amerykańskim happy endem. Dlatego film Koltaia jest prawdziwszy od "Pianisty" - nie opowiada historii, tylko znajduje formę dla pokazania przeżycia.

Kiedy po wyzwoleniu pytają bohatera "Losu utraconego" - kilkunastoletniego chłopca, który przeżył trzy obozy - czy było tam okropnie, on nie umie odpowiedzieć. Mówi rzecz niespodziewaną, ale prawdziwą: tam też było coś podobnego do szczęścia.