Grammy disco polo

W niedzielę po raz 47. w Los Angeles wręczone zostaną nagrody Grammy. Bywają nazywane muzycznymi Oscarami. Ale także ostoją konserwy i paradą estradowych ciekawostek. W jednym i drugim jest sporo racji

Grammy ma wielki prestiż. O stylizowanej na mały złoty gramofon statuetce przyznawanej przez Recording Academy (grono osób profesjonalnie związanych z amerykańskim przemysłem muzycznym) marzy każdy muzyk. Grammy to nobilitacja i przepustka do świata wielkich gwiazd. To także świetna promocja i gwarancja dobrej sprzedaży wyróżnionej płyty. W Stanach nagroda ma konkurencję w postaci nagród Billboardu i American Music Awards. Jednak one to głównie plebiscyt popularności. Grammy - przynajmniej w założeniu - honoruje prawdziwe wartości artystyczne. I techniczne, bo na Grammy nagradza się nie tylko muzyków, ale też producentów, realizatorów dźwięku czy nawet projektantów okładek płyt.

Czarni rekordziści

W Grammy jak w lustrze przegląda się miniony sezon. To także wyznacznik obowiązujących trendów. Skoro od kilku lat mamy - zwłaszcza na rynku amerykańskim - dominację czarnej muzyki, nikogo nie zdziwi, że wśród nominowanych w tym roku rekordzistami są reprezentanci takiego grania. Dziesięć nominacji otrzymał raper Kanye West. Po osiem gwiazda soul Alicia Keys i wokalista r'n'b Usher. Kilka nominacji dostał album "Genius Loves Company" nieżyjącego Raya Charlesa. Ukłonem w kierunku czarnej muzyki jest także osoba prowadzącej tegoroczną galę - raperki Queen Latifah.

Z tym wyznaczaniem trendów przez Grammy nie należy jednak przesadzać. Zdaniem krytyków nagrody w Recording Academy zasiada zbyt dużo reprezentantów wielkich koncernów. Interesują ich głównie wykonawcy zapewniający dużą sprzedaż, przez co ich ogląd muzyki jest niezwykle konserwatywny. Grammy ma na swoim koncie poważne wpadki. Najsłynniejsza jest ta z 1988 roku, gdy po raz pierwszy wprowadzono kategorię "heavy metal". Wśród nominowanych byli Metallica i Guns'n'Roses. Wygrało Jethro Tull. Zasłużony zespół weteranów z heavy metalem mający wspólnego tyle co nic.

Nadmiar szczęścia

Z Grammy jest jeszcze jeden problem. Nagroda przyznawana jest obecnie w 107 kategoriach. Już pobieżna lektura listy nominacji może przyprawić o ból głowy. Akademia, starając się nie pominąć nikogo, kto jest aktywny na rynku, zapędza się za daleko. Na liście mnożą się zupełnie zadziwiające kategorie typu "Best Historical Album" (akademikom udało się tu do jednego worka wrzucić swingową orkiestrę Woody'ego Hermana, komika Lenny'ego Bruce'a i Johnny'ego Casha). Samo "country" rozpada się na osiem podkategorii. "Jazz" nie jest gorszy. W tej kategorii znaleźć można nagrodę dla "Best Large Jazz Ensamble Album" - cokolwiek to znaczy. "Folk" dzieli się na płyty z muzyką tradycyjną i współczesną. To nie koniec. Odrębnymi kategoriami folkowymi są "Best Native American Music Album" oraz "Best Hawaiian Music Album". To już nie tylko potrzeba odpowiedniego zaszufladkowania każdego z artystów, ale także bardzo starannie przestrzegana polityczna poprawność.

Polacy grają polkę

Być może dzięki tej poprawności także i my mamy w Grammy swoją działkę. W tym roku w Polsce nieco szumu narobiła nominacja dla filharmoników warszawskich pod batutą Antoniego Wita nominowanych w kategorii "Best Choral Performance" za nagranie "Pasji św. Łukasza" Krzysztofa Pendereckiego. Tymczasem mało kto wie, że Polacy regularnie zdobywają Grammy za zupełnie inny rodzaj muzyki. Nasi muzycy kompletnie zdominowali kategorię "polka". Ten czeski przecież taniec w Stanach od lat grają głównie polskie zespoły. W tym roku wśród nominowanych jest co prawda złożona z rodowitych Teksańczyków grupa Brave Combo, która specjalizuje się w przerabianiu na polkę wszystkiego, co się da. Od "Purple Haze" Hendriksa czy "Tubular Bells" Mike'a Oldfielda po "Taniec turecki" Mozarta. Są także powołujący się na słoweńskie korzenie akordeoniści Walter Ostanek & Gaylord Klancnik. Jednak nazwiska pozostałych kandydatów brzmią swojsko. Urodzony w Chicago Eddie Blazonczyk (nominacja za płytę "Highways & Dancehalls") w biografii dumnie przedstawia się jako potomek tatrzańskich górali. Złożona z rodziny Ogrodnych i przyjaciół grupa Henny & The Versa J's na nominowanym albumie "Come On Over" śpiewa nawet po polsku. Ostatni z kandydatów John Gora (nagrana z zespołem Górale płyta "Pangora's Box") to urodzony na Lubelszczyźnie Jan Góra. W internecie można przeczytać, że jego grupa gra "polki w stylu chicagowskim". Ale Góra zapewnia też: "Gramy także innego rodzaju muzykę. Od "Big Band" do disco polo i rock and roll, na co tylko jest zapotrzebowanie, przystosujemy się do każdej sytuacji". Góra kieruje także drugim zespołem Korona, który wykonuje "disco polo oraz muzykę kontynentalną".

No i proszę, muzyk grający disco polo nominowany - obok Alicii Keys i Raya Charlesa - do nagrody Grammy. Rzeczywistość amerykańskiej rozrywki potrafi być czasem zaskakująca bardziej od najbardziej niewiarygodnej fikcji.