Kultura antyglobalizmu

Zakończył się szczyt alterglobalistów w Porto Alegre. Wytworzyli oni własny język komunikacji, modę, poezję, muzykę. "Stare" miesza się w nich z "nowym", a "oficjalne" z "nieoficjalnym", aż trudno się zorientować, czy tzw. alternatywność to ciągle jeszcze coś z obrzeży, czy może to już sam rdzeń głównego nurtu

Czy ktoś widział ministra rządu, który przyjeżdża na zlot kontestatorów, wbiega na estradę z gitarą, śpiewa i wprowadza zgromadzoną na wielkiej łące publiczność w stan ekstazy?

Minister kultury Brazylii Gilberto Gil jest dla pieśni zaangażowanej w Brazylii kimś takim jak Bob Dylan dla protest songu lat 60. czy Bob Marley dla reggae. Gil oprócz swoich piosenek zaśpiewał w Porto Alegre "No Woman, No Cry" Marleya oraz hymn-utopię "Imagine" Johna Lennona.

Klasycy wiecznie żywi

Na murach, wystawach, plakatach, T-shirtach obowiązkowe były cytaty z myśli wielkiego inscenizatora teatru politycznego Bertolta Brechta: "Cóż za cudowna pewność, kiedy słabi i zastraszeni podnoszą głowy i przestają wierzyć w siłę swoich prześladowców".

Kim są prześladowcy, najlepiej można było się dowiedzieć z komiksów i karykatur, których wystawy zajmowały kilka baraków nad rzeką Guaiba. Prześladowcą jest rozkraczony kowboj szykujący się do pojedynku z wystraszonym Indianinem. Grubas z cygarem w zębach, który mówi do wyciągającego rękę żebraka: "Bądź optymistą, mój chłopcze". Każdy rysunek zdobiły cytaty "świętych" alterglobalizmu - Noama Chomsky'ego, José Saramago i innych.

W Porto Alegre zmartwychwstali Pablo Neruda, chilijski poeta, głos zrewoltowanej pół wieku temu Ameryki Łacińskiej, Włodzimierz Majakowski i nieśmiertelny Don Kichot - w rzeźbach, rysunkach, obrazach. Don Kichot - bo zawsze rzeczą godną jest walczyć o sprawy, które warte są walki, nawet jeśli na końcu miałaby nas spotkać porażka.

- Realiści jeszcze nigdy niczego nie zmienili - mówił "Gazecie" Federico Mayor, były szef UNESCO. - Warto szukać niemożliwego, to zadanie milionów dzisiejszych Don Kichotów. Brzmi znajomo - jak wyjęte z hasła 1968 r. na Zachodzie: "Bądźmy realistami, żądajmy niemożliwego".

W Porto Alegre wypadało chodzić z klasykami pod pachą; słuchać etnicznej muzyki i songów bożyszcza antyglobalizmu Manu Chao; podkreślać, że mówi się do towarzyszek i do towarzyszy. Zdecydowanie nie wypada natomiast nosić markowych ciuchów ani obżerać się w amerykańskich fast foodach.

Wygnańcy we własnym domu

Publikacje z pogranicza propagandy i ludowej edukacji opowiadały często o śmiertelnie poważnych sprawach w obrazkowej formie i poetyce buffo. W Porto Alegre można było zobaczyć komiks o pracy niewolniczej w Brazylii - przedstawiający, jak latyfundyści werbują pracowników przymuszonych biedą do podjęcia pracy. Kończy się on happy endem - latyfundysta musi zapłacić z nawiązką, a naganiacz trafia za kratki. Do dzieła dołączona jest instrukcja, gdzie zadzwonić, gdy ktoś się dowie o takich praktykach albo padnie ofiarą wyzysku.

- Rysunkami walczę z uprzedzeniami społeczeństwa - opowiada Ricardo Ferraz, 52-letni rysownik na wózku. - Dyskryminacja niepełnosprawnych zaczyna się w domu. Rodzina nie pokazuje światu dziecka z defektem, wstydzi się. Niepełnosprawny cierpi z powodu choroby, braku akceptacji rodziny i odrzucenia przez wspólnotę.

O innego rodzaju wykluczeniu opowiadają kolaże Mauro Bruscha. Cykl "Miejscy nomadowie" - w poetyce komiksu, z elementami wycinanek. Przedstawiają bezdomnych z Rio de Janeiro, paryskich kloszardów, rozbitków amerykańskiego snu. Śpią pod mostami, przypominają pustynnych koczowników, którzy cały dobytek mogą spakować do jednego worka i przytroczyć do siodła wielbłąda.

Na każdym kroku widać ślady kultury indiańskiej - od "cepelii" po rzeźby i obrazy przedstawiające w symbolicznej poetyce hekatombę Indian w czasach konkwisty, wieki prześladowań i marginalizację w czasach nam współczesnych.

Post z karnawałem

A mimo to cała ta gorycz, cały ten post walczyły nieustająco z karnawałem. Czas zresztą karnawałowy - zlot, który odbywa się od pięciu lat, poprzedza finał karnawału obchodzonego w Brazylii najhuczniej na świecie.

Młodzi hip-hopowcy, często ze slumsów wielkich metropolii, utworzyli na polu namiotowym "Hip-Hop City". City miało dzielnice i ulice. Jedna nosiła imię Chico Mendesa, zamordowanego w 1988 r. działacza ekologicznego, który protestował przeciw wycinaniu drzew w Amazonii.

Wkoło muzyka i poezja ulicy recytowana we właściwy hip-hopowi sposób.

Posłu-chaj,

Śpiewam dzisiaj za tych, co zginę-li

To towarzysze i nieważne, jak na imię mie-li

I śpie-wam za tych, co przy życiu pozosta-li

Że-by na swojej drodze spojrzeń wroga się nie ba-li

- To song na pamiątkę przyjaciół zastrzelonych przez policję - mówi Rogelio, 19-letni hip-hopowiec z faveli Rocinha w Rio. - Policja chciała haraczu, nie zapłacili, więc ich zastrzelili.

Przypomniał mi się bliźniaczo podobny raperski song, który usłyszałem w Porto Alegre trzy lata temu. Czarny chłopak z poprawczaka melorecytował o policjantach, którzy dla zabawy zabijają jego przyjaciół; o dziewczynach z sąsiedztwa, których długo nie zobaczy; o beznadziejnym życiu, w którym brać sprawy w swoje ręce to znaczy brać w ręce broń.

Buntownicy na salonach

W Porto Alegre byli poeci ulicy, ale też wielcy twórcy z panteonu.

Portugalski noblista José Saramago - tu bardziej jako autorytet niż pisarz. Choć jego "Przypowieść o ślepcach" - ludziach patrzących i niedostrzegających dramatów świata, w którym żyją - komponowała się z duchem Porto Alegre.

Sebastiao Salgado, chyba najsłynniejszy fotograf na świecie. Jego zdjęcia kolumbijskich chłopów wygnanych z ziemi i dzieci pracujących w kopalni złota były tysiące razy oklaskiwane przez dostatni świat. W Porto Alegre te zdjęcia "brzmiały" jak buntowniczy manifest.

Walter Salles, reżyser, który wszedł do historii kina dzięki filmowi "Dworzec nadziei" - teraz w "Dziennikach motocyklowych" pokazuje mniej znaną część legendy Ernesta Che Guevary; część nie tylko strawną, lecz także jakoś piękną, inspirującą dla młodych widzów na Zachodzie. Film Sallesa, jednego z gości zlotu, kandyduje do Oscara w dwóch kategoriach. Reżyser był zachwycony przyjęciem filmu przez Porto Alegre. Porto Alegre - zachwycone filmem. A jak będzie w Hollywood?

Wreszcie - Cesaria Evora, charyzmatyczna pieśniarka z Wysp Zielonego Przylądka, wraz z innymi pieśniarzami z Ameryki Łacińskiej i Afryki śpiewa na płycie pt. "Nie dla zadłużenia" wspierającej kampanię na rzecz anulowania długów krajom Południa.

Obecność w "głównym nurcie" nie szkodzi jednak buntowniczemu przesłaniu dzieł Saramago, Salgado, Sallesa. W obszarach kultury wysokiej i oficjalnej, gdzie świetnie funkcjonują, nie wyrzekają się przesłania, nie dopasowują się do komercyjnego "zabawiania na śmierć". Ich twórczość była taka sama, nim zdobyli Noble, Złote Palmy, nim wydawali płyty w milionach egzemplarzy. Dla kontestatorów z ulicy i peryferii ich obecność ma jeszcze tę zaletę, że daje kulturalnej spontaniczności Porto Alegre pieczęć prawomocności; status, który nie pozwala zaklasyfikować rebelianckiej kultury jako dziwacznego folkloru.

W czasie debaty o sieciowym społeczeństwie śpiewający minister Gil wyznał: - Jestem ministrem, jestem muzykiem, a w głębi ducha jestem hakerem. Hakerstwo jest tu tożsame z buntem i nieblokowaną patentami kreatywnością.