Biografie znane na wylot

Dlaczego filmy mówiące o życiu wielkich gwiazd rzadko okazują się wybitnymi dziełami?

Przecież biografie bohaterów popkultury na papierze wyglądają niezwykle atrakcyjnie. Przeniesione na ekran na ogół rozczarowują. Czy dlatego, że odtwarzane w nim historie są już zbyt dobrze znane? A może brakuje im pierwotnego autentyzmu? Trudno bowiem oczekiwać, by aktor wcielający się w rolę Jima Morrisona wzbudzał aż tyle emocji, które wywoływał autentyczny wokalista The Doors.

W 1979 r., niewiele ponad półtora roku po śmierci Elvisa Presleya, na ekranach telewizyjnych pojawił się film "Elvis". To było coś więcej niż typowa telewizyjna produkcja. W rolę Króla Rock and Rolla wcielił się Kurt Russell, reżyserem był John Carpenter. Film chwalono za staranność i rzetelność, w grze Russella doceniono naturalność, która ani przez chwilę nie ocierała się o - łatwą przecież - parodię zachowań Presleya. Ale jednocześnie krytycy wytykali autorom, że nie potrafili zamienić historii wielkiego gwiazdora w przekonującą, wciągającą, angażującą emocjonalnie filmową opowieść.

Ten zarzut to najczęściej powtarzana uwaga w recenzjach o filmach o gwiazdach muzyki. Na ogół zamieniają się one w serię anegdot, mniej lub bardziej luźny zbiór wydarzeń, które prowadzą - bo jakże by inaczej - od trudnych początków do wielkiej sławy. Na końcu czeka sukces i spełnienie bądź też nieoczekiwany upadek. Kariera przerwana w dramatycznych okolicznościach bywa szczególnie atrakcyjnym materiałem. Jednak nawet z historii Patsy Cline ("Słodkie marzenia" z Jessicą Lange w roli głównej) czy Richiego Valensa ("La Bamba" z Lou Diamondem Phillipsem), obojga zabitych w katastrofach lotniczych, nie udało się wycisnąć wiele ponad standardowy melodramat. Za to pełna gwałtownych zwrotów kariera - żyjącego co prawda do dziś, ale za to wyjątkowo barwnego i zwariowanego - Jerry'ego Lee Lewisa okazała się w "Wielkich kulach ognia" głównie pretekstem do aktorskich popisów Dennisa Quaida.

Przeskoczyć te ograniczenia i wyrwać się z konwencji typowego filmu biograficznego udaje się niewielu. "Syd i Nancy" Aleksa Coksa stał się filmem kultowym głównie przez to, że opowiadał o postaci legendarnego Syda Viciousa, tragicznie zmarłego muzyka Sex Pistols. Może także ze względu na silnie eksploatowaną w obrazie punkową estetykę brudu i brzydoty, dzięki której stał się wręcz swoistą antybiografią. Realizując w 1991 r. "The Doors", Oliver Stone starał się nakreślić portret końca lat 60. i opisać fenomen popularności Jima Morrisona. Efekt jak zawsze w jego przypadku okazał się dyskusyjny.

Ciekawie prezentuje się na tym tle "Backbeat" Iana Softleya z 1993 r. Opowieść o wczesnym, hamburskim etapie kariery Beatlesów. Decydując się na pokazanie małego wycinka historii gwiazdy, Softley zrealizował coś więcej niż tylko jeszcze jeden film biograficzny. "Backbeat" przede wszystkim mówi o przyjaźni, dorastaniu, wadze pierwszych życiowych wyborów i nieuchronnym przemijaniu.

Sytuacja, gdy gwiazdorska biografia staje się metaforą, pretekstem do opowiedzenia bardziej uniwersalnej historii, należy jednak w kinie do rzadkości.