Co na to Instytut Pamięci Narodowej?

dr Antoni Dudek, pracownik IPN

Paweł Wroński: Obecnie w mediach na CD krążą "listy agentów", które pochodzą z bazy inwentarzowej IPN. To spełnienie Pana postulatów, aby wreszcie ujawnić listę agentów.

- Nigdy nie byłem zwolennikiem tworzenia listy agentów. Zakłada to projekt lustracji autorstwa LPR, ale moim zdaniem to szaleństwo. Nie wierzę w możliwość stworzenia w pełni obiektywnej "listy agentów". Granica między tym, kto był, a kto nie był tajnym współpracownikiem, jest w wielu przypadkach bardzo płynna. Opowiadam się natomiast za jak najszerszym dostępem do teczek. Na ich podstawie można sobie wyrobić opinię. Tak jest z Małgorzatą Niezabitowską. Po lekturze zawartości jej teczki jedni są przekonani, że współpracowała z SB, a inni nie.

Jednak taka "lista agentów" z bazy danych IPN już krąży i nikt nie zastanawia się nad jej "obiektywizmem". Czy Pana zdaniem stało się tak z powodu braku zabezpieczeń w IPN?

- Nie znam tej listy. Z opisu wynika, że jest to spis nazwisk i sygnatura teczek. On mógł stanowić część ogólnie dostępnej bazy danych. Każdy może sobie do niej sięgnąć w czytelni IPN przy ul. Towarowej. Wiem, słyszałem kiedyś, że krąży tak zwana lista [tu pada nazwisko znanego dziennikarza], być może chodzi o to samo, ale ona nie ma żadnej wartości. Jeśli ktoś, kto rozpowszechnia te dane, się ujawni, to się tylko ośmieszy. Moim zdaniem zaraz potem IPN powinien zorganizować konferencję prasową, na której powinien powiedzieć, co to jest za "lista" i jaka jest jej wartość.

Czy należy wprowadzić zabezpieczenia na spis inwentarzowy, aby uniemożliwić jego kopiowanie?

- Po co? Te informacje nie są żadnym dowodem, służą do ułatwiania poszukiwań archiwalnych. Dowodem jest to, co znajduje się w teczce.

Dla Pana może nie, ale zapewniam, że dla wielu osób w Warszawie te informacje wystarczyły do oskarżania innych ludzi.

- Niestety, każdy sam odpowiada za to, jak używa wiedzy, którą dysponuje. To są tylko nazwiska i imiona oraz numery akt. Na takiej samej zasadzie "listę agentów" można zrobić z książki telefonicznej.

dr Sławomir Radoń, przewodniczący kolegium IPN

Paweł Wroński: Jak mogło dojść do tego, że lista krąży wśród ludzi? Co Kolegium IPN zamierza z tym zrobić?

Sławomir Radoń: Nic mi nie wiadomo na temat wyprowadzenia danych z IPN. To, o czym pan mówi, to są dane ewidencyjne będące pomocą archiwalną.

Kolegium IPN, między innymi prof. Paczkowski, apelowało, by tego rodzaju pomoce znalazły się w czytelni IPN. Chodziło o to, by czytelnia przypominała archiwa państwowe. Tego rodzaju pomoce znalazły się w czytelni. Nikt z nas nie traktuje ich jako gotowej listy agentów i trzeba naprawdę dużej dozy złej woli, aby je w taki sposób traktować.

Okazuje się, że tej złej woli jest bardzo dużo. Z naszych informacji wynika, że przynajmniej w kilku redakcjach została ona uznana za "listę agentów".

- Powtarzam, to nie jest żadna lista agentów, a jedynie pomoc ułatwiająca szukanie archiwaliów.

Czy IPN zamierza wydać jakieś oświadczenie, choćby takie, które będzie broniło ludzi uznanych za agentów na podstawie tej listy?

- We wtorek odbędzie się spotkanie Kolegium IPN. Prezes IPN Leon Kieres przedstawi nam pełną informację na ten temat. Wówczas będziemy dyskutować nad skutkami, jakie może wywołać posługiwanie się taką listą. Oczywiście, jeśli sytuacja będzie wymagała, aby IPN wystąpił z obroną jakichś ludzi, to formę tej obrony trzeba obmyślić, ale będę o tym mógł mówić dopiero, gdy otrzymam więcej informacji.

prof. Andrzej Paczkowski, historyk, członek kolegium IPN

To bardzo przykra informacja. Przyznam, że nie wiedziałem o tym, że te dane nie są zabezpieczone przed kopiowaniem. Jeżeli tak rzeczywiście było, to osoba odpowiedzialna za takie zaniedbanie powinna ponieść konsekwencje.