Zanurzony w Rosji

O Lwie Dodinie, wybitnym reżyserze i dyrektorze Małego Teatru Dramatycznego z Petersburga, który wystąpi w sobotę w Teatrze Narodowym w Warszawie z przedstawieniem ?Wujaszek Wania? Czechowa piszeRoman Pawłowski

Na spotkanie z dziennikarzami spóźnił się 40 minut. - To jeszcze nic. Prezydent Francji Jacques Chirac czekał na niego pół godziny - uprzedziła tłumaczka. Trudno jednak oczekiwać punktualności do reżysera, który swoje przedstawienia przygotowuje dwa-trzy lata. Czekamy więc cierpliwie.

Kiedy Lew Abramowicz Dodin wchodzi wreszcie do hotelowego lobby, każdym gestem podkreśla, że żyje w innym wymiarze czasu. W pokoju, w którym rozmawiamy, otwiera natychmiast okno, bo nie może znieść klimatyzacji. Pije mocną czarną herbatę, odpowiada na pytania po długim zastanowieniu. Nie ma w pamięci gotowych recept, twarz okolona srebrnym zarostem jest cały czas skupiona.

Z komunałki na scenę

Dodin to czołowa postać europejskiego teatru. Małyj Dramaticzeskij Tieatr, który prowadzi od 1983 r. w Petersburgu, jest jedną z najbardziej znanych i cenionych scen w Rosji, a jego spektakle są rozchwytywane przez międzynarodowe festiwale od Nowego Jorku po Rzym. W Polsce teatr Dodina był tylko raz w 1988 r.

Dla europejskiej widowni teatr Dodina to nie tylko spotkanie z rosyjską sztuką inscenizacji, ale także z Rosją, jej kulturą i skomplikowaną historią. Jego najgłośniejszy spektakl w MDT "Bracia i siostry" z 1985 r., oparty na prozie Abramowa, był kwintesencją rosyjskiej prowincji. Podczas pracy nad przedstawieniem reżyser wyprawił się ze studentami akademii teatralnej na północ Rosji, gdzie rozgrywa się akcja powieści. Rezultat - siedmiogodzinne epickie widowisko, w które włączono ludowe obrzędy i zwyczaje, ze sceną w bani włącznie.

- Im bardziej konkretnie jest opowiedziana historia, im bardziej zanurzona w swoim miejscu i czasie, tym bardziej uniwersalna - uważa Dodin.

Wrażliwość na czas i miejsce jest naturalna w życiu Lwa Abramowicza. Urodził się na Syberii w 1944 r., dokąd ewakuowano podczas wojny jego matkę. W latach 60., kiedy studiował reżyserię, Petersburg nazywał się jeszcze Leningrad. Przez wiele lat mieszkał w komunałce, którą pokazał później w przedstawieniu "Moskiewski chór" Ludmiły Pietruszewskiej rozgrywającym się w czasie chruszczowowskiej odwilży. Na scenie spiętrzył piramidę łóżek, kołysek i stołów, wśród których umieścił mieszkańców, członków amatorskiego chóru.

Teatr był początkowo dla Dodina tym, czym śpiew dla bohaterów Pietruszewskiej - ucieczką od totalitarnej rzeczywistości. Przez całe lata 70. artysta reżyserował gościnnie na scenach Moskwy i Leningradu. Praca ze studentami leningradzkiej akademii teatralnej zmieniła jego spojrzenie na reżyserowanie. - Nie wystarczały już nam czteromiesięczne próby, spektakle powstawały latami. Praca w teatrze stała się dla mnie procesem poznania samego siebie, możliwością doświadczenia innego życia. Spektakl jako cel stał się z biegiem lat drugorzędny. Jeden spektakl więcej, jeden mniej, co za różnica? - mówi dzisiaj Dodin.

Młody zespół z Leningradu zajął się przede wszystkim wystawieniami prozy: po "Braciach i siostrach" zrealizowali m.in. "Władcę much" Williama Goldinga i "Starego" Jurija Trifonowa. Adaptacje powstawały wprost na scenie. Przygotowując "Biesy" według Dostojewskiego, najpierw zagrali całą powieść, próba generalna trwała 24 godziny i została przerwana nad ranem tylko dlatego, że aktorzy śpieszyli się na samolot. Dopiero później reżyser wybrał sceny, które weszły do spektaklu.

- "Biesy" trwały ostatecznie sześć godzin, w których zapisane były jednak pozostałe 24 godziny. Tak jak w każdym dniu naszego życia zapisane są wszystkie pozostałe dni - mówi Dodin i dodaje, że bardzo często w teatrze aktorzy w najlepszym wypadku wiedzą tyle o postaciach, ile grają na scenie, a czasem jeszcze mniej. - Uważam, że powinni wiedzieć więcej, wtedy i widz więcej zrozumie.

Teatr na koniec wieku

Kiedy na początku lat 90. zaczął się walić Związek Radziecki, Dodin przygotował z kolejną grupą studentów w MDT dwa ostre spektakle rozliczeniowe zanurzone w rzeczywistości schyłku ZSRR. "Gaudeamus" według zatrzymanej przez cenzurę powieści Sergieja Kaledina "Strojbat" opowiadał o rozpadzie Armii Radzieckiej. Bohaterami byli żołnierze tytułowego "strojbatu" - "batalionu budowlanego" - wykonujący za głodowe racje niewolniczą pracę.

Z kolei "Klaustrofobia" mówiła o życiu za żelazną kurtyną opartym na piramidzie strachu. Studenci Dodina sami wybrali teksty z rosyjskiej prozy współczesnej, m.in. Wieniedikta Jerofiejewa, Władimira Sorokina, Ludmiły Ulickiej. Wykorzystali również własne doświadczenia. - Dużo wtedy podróżowaliśmy po Europie z "Gaudeamusem" i zawsze powrót do domu był wstrząsem. Poleciłem, aby w aktorskich etiudach odzwierciedlili swoje uczucia - opowiada reżyser.

Finał spektaklu pokazywał zwycięstwo neofaszystowskiego totalitaryzmu, bohaterowie grzali ręce nad ogniem, w którym płonął człowiek. - Nazajutrz po próbie generalnej były wybory, w których wygrał Żyrinowski. Wszyscy nas pytali, skąd o tym wiedzieliśmy, a to po prostu wisiało w powietrzu - wspomina Dodin.

Publiczność rosyjska nie była jednak przygotowana na tak konkretny portret otaczającej rzeczywistości i spektakl, przyjmowany entuzjastycznie za granicą, w Rosji odrzucono.

Dopiero dzisiaj okazuje się, jak był proroczy. Dodin: - Kiedy ostatnio graliśmy w Moskwie, ludzie mówili: przecież to o nas, o naszych czasach.

Czechow intymny

Dzisiaj wizytówką MDT są spektakle czechowowskie. Pokazywany w Warszawie "Wujaszek Wania" to już ich czwarta inscenizacja sztuki Czechowa, po "Wiśniowym sadzie", "Płatonowie" i "Mewie". I, jak twierdzi reżyser, najbardziej intymna.

- Z biegiem lat zmienił się mój dystans do Czechowa. Zawsze rozumiałem, że to autor na wskroś współczesny, chociaż XIX-wieczny. Ale kiedy w połowie lat 90. pracowaliśmy nad "Wiśniowym sadem", obawiałem się związać całkiem Czechowa ze sobą, z naszą sytuacją i naszymi odczuciami. Chciałem, aby w naszym imieniu i o nas mówili ludzie z innej kultury i innego czasu. Im dłużej jednak pracowałem nad jego dramatami, tym bardziej rozumiałem, że trzeba wiązać Czechowa ze sobą, zmniejszać dystans, bo tylko wtedy nasza praca będzie autentyczna.

Po raz pierwszy radykalnie Dodin uwspółcześnił Czechowa w "Płatonowie" (1997), do którego wprowadził muzykę jazzową. Ale wcześniejszy "Wiśniowy sad" z 1994 r. miał również odniesienia współczesne - spektakl o upadku ziemiańskiej rodziny odebrano jako opowieść o zburzeniu domu, w którym mieszkały miliony Rosjan - ZSRR. Natomiast w zrealizowanej w 2001 r. "Mewie" zamiast teatrzyku Trieplewa na scenie stał szkielet wielkiego globusa niczym symbol zmurszałego świata, którego nie ruszyli z posad marksiści.

- "Wujaszka Wanię" chcieliśmy wystawić zupełnie bez dekoracji, co jest miarą naszego stosunku do Czechowa dzisiaj. Żadnych dodatkowych estetycznych doznań, tylko ludzka substancja - komentuje Dodin.

Na próbach w ogóle nie rozmawiali o sztuce, ale o własnym życiu. - Dużo wspominaliśmy, jesteśmy przecież w podobnym wieku co bohaterowie, mamy podobne doświadczenie. My również dotkliwie odczuwamy przemijanie. Odkryliśmy, że nie wolno mówić o czechowowskich bohaterach "oni", tylko "my".

Przekonamy się o tym w sobotę i w niedzielę w warszawskim Teatrze Narodowym.