Niezwykła wystawa w Środzie Śląskiej o wypędzonych

Pomysł był prosty - dziewięciu wysiedlonych Niemców z Polski, dziewięciu wysiedlonych Polaków z Ukrainy i wojenny przymus, który przesunął jednych i drugich o kilkaset kilometrów na zachód

Polacy zostawili domy w województwach tarnopolskim, lwowskim i stanisławowskim, żeby osiąść w okolicach Środy Śląskiej. Niemcy z okolic Środy (Neumarkt) trafili do Rinteln w Niemczech. Nikt z nich nie opuszczał swoich miejsc dobrowolnie. I prawie wszyscy wierzyli, że wyjeżdżają z biletem powrotnym. Polacy i Niemcy tuż po wojnie przez kilka miesięcy "na zakładkę" żyli pod jednym dachem.

- Zajęliśmy gospodarstwo sołtysa Augusta Bautora w Szczepanowie pod Środą. Mój dziadek miał konia i Niemiec miał konia. Sprzęgli je w parę i tak zgodnie gospodarzyli - opowiadał wczoraj Ludwik Byczkowski z dawnego woj. tarnopolskiego. - W czerwcu 1946 r. Bautorowie musieli wyjechać. Dziadek mówił mu z pełną wiarą: "August, ty niedługo wrócisz do swojego Szczepanowa, a ja na Ukrainę". August zamknął swoje maszyny w garażu, jeden klucz zabrał, drugi dał dziadkowi. Dziadek nie pozwolił nikomu ruszać maszyn. Przecież zaraz wszyscy mieliśmy wrócić na stare śmieci.

Co zabierali ze sobą, wyjeżdżając "na chwilę"? Pierzynę, ubezpieczenie od ognia, brytfannę, jedwabny krawat, narzutę na łóżko, otwieracz do konserw... I rodzinne fotografie.

Te przedmioty i zdjęcia można oglądać na wystawie w Środzie.

Wspólny projekt przygotowały dwa małe muzea regionalne, polskie i niemieckie, i ich dyrektorzy 30-latkowie. Wszystko wymyślił Stefan Meyer, szef muzeum w Rinteln.

Dał ogłoszenie w niemieckiej prasie, że szuka wypędzonych - od razu był duży odzew. Odpowiedzieli m.in. starsi ludzie ze związku byłych mieszkańców powiatu średzkiego.

Kiedy podobne ogłoszenie pojawiło się w Polsce, nikt nie odpowiedział. - Więc wsiadłem w samochód i jeździłem po wsiach, wypytując sołtysów o repatriantów - mówi Zbigniew Aleksy z muzeum w Środzie Śląskiej.

Niemieccy i polscy muzealnicy nagrywali godziny rozmów, przykroili życiorysy do identycznego formatu, zebrali zdjęcia i osobiste pamiątki i wymienili się między sobą.

Tak powstała pięknie wydana w obu językach książka "Wypędzenia 1939-1949" i dwujęzyczna wystawa, która najpierw była prezentowana w Rinteln, a teraz jest w Środzie. O swoich losach opowiadają tam m.in. Walter, Joanna, Gertruda, Tadeusz, Werner, Hildegarda, Marian, Renate...

Na otwarciu ekspozycji było kilku z jej polskich bohaterów. Niemcy, z powodu chorób i złej pogody, nie dojechali.

- Przepraszają za nieobecność i bardzo pozdrawiają swoich polskich "odpowiedników" - mówił pan Meyer. - Zapowiedzieli, że pojawią się latem. Pomyślimy, żeby jedni i drudzy mogli się spotkać.

- Jak dobrze, że ludzie o nas jeszcze pamiętają - na przemian płakała i śmiała się Anna Hamkało (dawne woj. lwowskie). - Żeby tylko to wszystko się nie powtórzyło.

Stefan Meyer, dyrektor muzeum w Rinteln

Jestem przeciwny budowie Centrum przeciw Wypędzeniom. Cóż to miałoby być? Pomnik, miejsce martyrologiczne? Wspomnienia nie potrzebują żadnego centrum. Nie ma sensu robić instytucji z historii.

Książki czy wystawy są ważniejsze, one przybliżają ludziom dramaty. Ekspozycja jak ta w Środzie to kolejna cegiełka do ugody. Kiedy się przyjrzy cudzemu wygnaniu, inaczej patrzy się na własny dramat. Zwłaszcza że w Niemczech nie mówi się o tragedii Polaków wysiedlonych ze Wschodu. Trzeba było to pokazać.

Roszczenia nigdy nie były w Niemczech tak naprawdę istotnym tematem, może tylko w niektórych kołach wypędzonych. Zresztą jakim prawem moglibyśmy czegoś żądać?