Cykl dokumentów o Auschwitz

W warszawskim Laboratorium Reportażu pod kierunkiem Marka Millera powstaje multimedialny projekt - opowieść dokumentalna o Auschwitz. Oparty na niej cykl rewelacyjnych filmów dokumentalnych Michała Bukojemskiego obejrzą w 60. rocznicę wyzwolenia obozu telewidzowie nie tylko w Polsce

Tadeusz Sobolewski: W naszym pokoleniu nie jeździło się z własnej woli do Oświęcimia, chyba że ze szkolną wycieczką.

Marek Miller: Jestem z pokolenia hipisowskiego. Na słowo Auschwitz reagowałem alergicznie. Prawdę o Zagładzie wtłoczono w akademie "ku czci zwycięstwa nad faszyzmem", zaprawiono antyniemieckością. Właściwie dopiero po upadku muru berlińskiego Auschwitz przestał być przedmiotem manipulacji i propagandy. Teraz młodzi ludzie ciągną do tego miejsca. Ze studentami z Laboratorium Reportażu siedzimy tam już pięć lat.

Jak się to zaczęło?

Marek Miller: Przygotowując kiedyś dokument o Cyganach, znalazłem się w Oświęcimiu i tam, w Muzeum Auschwitz-Birkenau zobaczyłem szafy, pełne teczek z relacjami. Trzy tysiące świadectw, spisywanych od 1956 przez pracowników Muzeum Auschwitz-Birkenau. Korzystali z nich dotąd specjaliści. Przez noc przeczytałem trzy wyciągnięte przypadkowo teczki i zrozumiałem, jak wielkiej wagi jest to materiał. Tylko jak w niego wniknąć? Jak go pokazać? Wpadłem na pomysł wielogłosowej kroniki. Powieści dokumentalnej, jak ją kiedyś określił Andrzej Wajda.

Publicysta ma głód uogólnienia, syntezy, wniosku - my, reportażyści, mamy głód szczegółu. W Auschwitz robiono wszystko, żeby zatrzeć konkret i szczegół. Ale z człowieka nie da się zrobić numeru. Kronika ocala drobne sceny, dialogi - my te teksty tylko "reżyserujemy".

Laboratorium działa multimedialnie. Powstaje słuchowisko radiowe Macieja Drygasa, zdjęcia Tadeusza Rolkego. Ale najważniejszym wariantem tego projektu jest cykl filmów Michała Bukojemskiego "Z kroniki Auschwitz".

Marek Miller: Michał, który jest naszym wykładowcą, zrobił ten film sam, bez żadnego zamówienia, środkami rodzinnymi, dzięki własnej kamerze cyfrowej i domowemu stanowisku montażowemu.

Michał Bukojemski: Jak zwykle, inicjatywa realizacyjna wyszła ode mnie. Dopiero po roku redakcja dokumentu "Dwójki" zdecydowała się w to wejść.

W "Kronikach" nie ma śladu inscenizacji, ogląda się je jak fabułę, która wciąga widza w sam środek zdarzeń, oglądanych od rożnych stron.

Michał Bukojemski: Nie ma jednej prawdy o Auschwitz. Każda relacja jest prawdziwa, pełna, ale relacja towarzysza stojącego obok na tym samym apelu może być zupełnie inna. Marek Miller dał mi dobrą radę: opowiadaj z perspektywy Marsa. Tak robi się dziś telewizyjne dokumenty historyczne - jakby nikt nic nie wiedział. Układ cyklu nie jest przypadkowy: stopniowo odsłania mechanizm fabryki śmierci, pokazujemy, do czego to zmierzało. Wobec tematu Sonderkommando stanęliśmy bezradni. Mieliśmy 80 stron relacji - nie dawało się zrobić selekcji, wszystko było ważne, niesłychane. Ale trzeba mogliśmy umieścić tylko 5 stron tekstu. Skupiłem się na opisie technologii śmierci.

Marek Miller: Auschwitz - to jedna z największych tajemnic w dziejach Europy. Jak byłą możliwa zakrojona na taką skalę paranoiczna działalność? Ta fabryka śmierci była doskonale prosperującym, samowystarczalnym gospodarstwem, w którym ogrody użyźniano ludzkimi popiołami. Dziś, w dobie globalizacji, Auschwitz przemawia nowym głosem, na nowo przestrzega. To nie jest jakaś zamierzchła historyczna ramota. Europa jeszcze się do końca z tego nie wyspowiadała. Ile europejskich rodzin do dziś żyje z oświęcimskiego złota?

Michał Bukojemski: Po 1989 roku filmowałem izraelskie Marsze Żywych dla amerykańskiej sieci telewizyjnej ABC. Te marsze budziły wtedy kontrowersje w środowisku Muzeum Oświęcimskiego, ponieważ brały w nich udział oddziały paramilitarne, izraelscy wojskowi. Wycieczkom towarzyszyli agenci Mosadu. Skądinąd trudno się dziwić: bali się nie tylko antysemitów polskich, ale przede wszystkim arabskich terrorystów. Teraz Marsze Żywych przestają być wyłącznie izraelską propagandową imprezą. Coraz więcej ludzi tu, w Polsce, wychodzi ku nim z otwartymi ramionami.

Zapamiętałem piękne ujęcie: w tłumie młodzieży polska flaga na tle flagi izraelskiej, z prześwitującą przez biel i czerwień gwiazdą Dawida.

Marek Miller: Na terenie obozu dzieją się teraz rzeczy fenomenalne. To brzmi paradoksalnie, ale z tego dna ludzkiej historii bije jakaś jasność. Ważne, żebyśmy my, Polacy, nie stracili szansy, pozostając strażnikami tego miejsca, które - nie zapominajmy - jest także największym polskim cmentarzem. W Auschwitz trzeba pogodzić wszystkie świętości. W prowincjonalnym kościele w Oświęcimiu Niemiec, ojciec Manfred, prowadzący ośrodek dialogu chrześcijańsko-judaistycznego co niedziela klęczy razem z Polakami. Masowo przyjeżdżają Azjaci. Odbywają się medytacje buddyjskie i ekumeniczne...

Zawozisz tam kolejne roczniki studentów. Ich praca na terenie obozu jest warunkiem studiów dziennikarskich?

Marek Miller: Przewinęło się ich koło 150. Za każdym razem, kiedy ich tam zabieram, mam mały bunt: co? Wakacje w Oświęcimiu? Ale nikt nie żałuje. Widać, jak głęboko zapada w nich ten dwutygodniowy pobyt. W Miejscu Pamięci, byłym obozie Auschwitz-Birkenau rzeczywistość jest gotową metaforą. Więc życie może być aż takie? Jak powiedział ks. Tischner: "Tam umarł pewien typ Boga". To miejsce zmusza też do zastanowienia się nad sobą samym. Tam wszystko blednie, tylko istotne rzeczy zostają. Mówią mi potem studenci, że w Oświęcimiu podjęli jakieś istotne decyzje. Od pięciu lat prowadzę warsztaty. Przygotowujemy także inne tematy do opracowania podobną, wielogłosową metodą: makdonaldyzacja świata, sekty, portrety pewnych miejsc w Warszawie: bazaru Rożyckiego, Saskiej Kępy. Mamy też projekt o zorganizowanych przez ojca Górę, dominikanina z Poznania, wielkich spotkaniach młodzieży na Lednicy: "Co zrobimy z Panem Bogiem?". Wciąż jednak trwa projekt "Auschwitz". Roboty jest na wiele lat. Myślałem sobie: ile razy można tam jechać? Ale dziwna rzecz - tam, na miejscu, ogarnia nas rodzaj spokoju.