Sri Lanka liczy sieroty

Ojciec Roshana wyruszył na połów wyjątkowo długi, już dwutygodniowy. O tym, że tata już nigdy nie wróci z morza, jeszcze chłopcu nikt nie powiedział

Wyprężona na wietrze nitka latawca zawzięcie szarpana przez malca wciąż zawadza o dachy. Kilka kroków dalej, w cieniu bielonej wapnem kaplicy, trwa rozgrywka w kulki. W młodszej drużynie emocje sięgają zenitu; starsi, prawie już dorośli chłopcy, zachowują się bardziej powściągliwie. W buddyjskiej świątyni, którą po tragedii tsunami zamieniono w jeden z wielu obozów dla uchodźców, znalazło schronienie 1,3 tys. mieszkańców nadmorskiego Trincomalee. Połowa to dzieci.

Nie ma do czego wracać

Czarnooki Roshan ma dziesięć lat, ale wygląda na pięć. Ciągnięty za język mówi, że mu się tu podoba, że lubi się uczyć i bawić z kolegami z obozu. Nie chciałby wrócić do domu, woli zostać tutaj, z dala od brzegu. Od dwóch tygodni Roshan boi się morza.

Nawet gdyby chciał, Roshan nie ma do czego wracać, bo tsunami zniszczyła dom jego rodziny. W feralny niedzielny poranek chłopiec (najpilniejszy z całej klasy! - podkreśla jego nauczycielka, która teraz zarządza obozem) powtarzał w domu lekcje. Kiedy przyszła fala, uciekli tak, jak stali. Roshan, jego mama i czworo rodzeństwa szczęśliwie zdołali schronić się na posterunku policji, dokąd morze nie dotarło.

Ojciec Roshana wyruszył na połów wyjątkowo długi, już dwutygodniowy. O tym, że tata już nigdy nie wróci z morza, jeszcze chłopcu nikt nie powiedział.

W pierwszych dniach po kataklizmie trzeba było działać szybko: pochować zmarłych, wyleczyć rannych, znaleźć schronienie dla bezdomnych, nakarmić ich, zadbać, by nie wybuchły epidemie. Sri Lanka, głównie dzięki ofiarności instytucji i osób prywatnych, poradziła sobie z tym wyzwaniem. Teraz przyszedł czas na drugi etap pomocy. Pewne priorytety są jasne, jak budowa domów dla blisko miliona uchodźców czy naprawa dróg i linii kolejowej, inne mniej oczywiste, ale nie mniej ważne - wśród nich otoczenie opieką sierot.

Sierotę pilnie sprzedam

Lankijskie Narodowe Biuro Ochrony Dzieci i organizacje międzynarodowe, takie jak Unicef, Czerwony Krzyż i Save the Children (Ocalić Dzieci), wspólnymi siłami dopiero starają się je odnaleźć. Dotychczas doliczono się 250 dzieci, którym fala zabrała przynajmniej jednego z rodziców, ale nie policzono jeszcze północno-wschodniego wybrzeża. Trzeba też pamiętać, że dzieci stanowiły jedną trzecią śmiertelnych ofiar tsunami.

Największy niepokój budzi los całkowitych sierot. Chęć ich adoptowania zgłosiło już 1,5 tys. rodzin lankijskich i kilka krajów zachodnich. Władze Sri Lanki kategorycznie wykluczyły jednak zagraniczne adopcje. - Zabieranie dziecka ze środowiska, w którym się wychowało, jest problematyczne - mówi Malik Karianaratna, rzeczniczka Save the Children. - Jeśli dziecko straciło wszystko, to wymaganie, by nauczyło się żyć w całkiem innym kraju z nowymi opiekunami, może być ponad jego siły.

Nawet jeśli rząd w Kolombo zmieni zdanie, to zagraniczni rodzice nie mogą liczyć na szybkie adopcje. Zgodnie z polityką, którą przyjęły wszystkie organizacje międzynarodowe, nie można pozwolić adoptować dziecka, jeśli nie zostało ustalone ponad wszelką wątpliwość, że straciło rodziców, nie ma krewnych gotowych go przyjąć ani społeczności lokalnej skłonnej się zająć sierotą. W praktyce oznacza to nawet dwuletnią zwłokę. Pracownicy humanitarni przywołują przykład wojny w Ruandzie, gdzie w czystkach etnicznych niektóre rodziny odnalazły bliskich dopiero po dwóch latach.

Gazety lankijskie wciąż publikują ogłoszenia, że taki to a taki zaginął i ktokolwiek go widział, proszony jest o informacje. Niestety, w wypadku tsunami nadzieja na odnalezienie zaginionego, który przez dwa tygodnie nie daje znaku życia, jest bliska zera. W masowych grobach pochowano tysiące niezidentyfikowanych ofiar.

Jest i inny aspekt niezgody na zagraniczne adopcje - obawa przed handlem żywym towarem. Krążą opowieści o ludziach udających przedstawicieli organizacji humanitarnych, którzy próbują wyłudzić dzieci z obozów uchodźców, by potem je sprzedać do adopcji, niewolniczej pracy, prostytucji bądź na mięso armatnie w partyzantkach. Pracowników Unicefu w indonezyjskim Acehu zaniepokoił masowo rozsyłany SMS: "Trzysta sierot w wieku 3-10 lat do adopcji. Bez formalności i opłat. Proszę podać wymagany wiek i płeć". Rzecznik Unicefu w Dżakarcie stwierdził: "Albo ktoś ma 300 sierot na sprzedaż, albo potrafi je zdobyć na zamówienie".

Na Sri Lance nie odnotowano prób handlu dziećmi. Zdarzył się za to gwałt zbiorowy na 17-letniej sierocie, molestowanie innej przez własnego dziadka w obozie dla uchodźców oraz obrabowanie małego dziecka ze złotych kolczyków. Media nagłośniły te wypadki i teraz ludzie są podejrzliwi, każą się legitymować, nie chcą udzielać informacji o miejscu pobytu sierot.

Szkoła w pudełku

Innym wyzwaniem jest zatroszczenie się o psychikę dzieci, które widziały kataklizm i przeżyły tragedię, nawet jeśli jest nią tylko utrata ulubionej lalki. - Trzeba sprawić, aby powróciły do normalności tak szybko jak to możliwe: dostały nowe zabawki, książki, żeby znalazły nowy dom, bawiły się z kolegami, by miały nadzieję na lepszą przyszłość - wyjaśnia rzeczniczka Save the Children. - Ale to zabierze dużo czasu. Normalne życie w obozie dla uchodźców nie jest możliwe.

W obozie w Trincomalee działa lankijska organizacja Narodowy Fundusz Patriotyczny. Jej wąsaty przedstawiciel B.S. Katalawale pokazuje mi gotowe formularze, które przeszkolony pracownik będzie wypełniał po rozmowie z dziećmi. Oprócz danych statystycznych są tam rubryki dotyczące tego, czym je można zająć: muzyka, taniec, teatrzyk, sport albo... sztuczki magiczne. - Dbamy, żeby tu, w obozie, dzieci bawiły się z rówieśnikami, a nie przestawały z dorosłymi - mówi Katalawale. - Aby zapomnieć o katastrofie, dzieci winny się dużo śmiać i mieć jak najwięcej zajęć. Już niedługo zajmie ich szkoła.

Szkoły mają ruszyć jeszcze w styczniu. To duże wyzwanie, zważywszy na to, że wiele budynków szkolnych zamieniono w obozy dla uchodźców. Unicef przystąpił do dystrybucji "szkoły w pudełku", która pozwoli rozpocząć lekcje nawet "pod gruszą". Zestaw dla nauczycieli zawiera m.in. tablicę, kredę, gąbkę, linijkę i kompas, w zestawie dla uczniów jest tornister, zeszyty, długopisy.

Roshan "szkoły w pudełku" nie potrzebuje. Po tsunami chłopiec bardzo płakał za straconymi podręcznikami, ale gdy woda odeszła, ku jego wielkiej radości okazało się, że tornister ocalał. Roshan już nie może doczekać się rozpoczęcia zajęć. Postanowił, że nie zostanie rybakiem, jak ojciec, lecz nauczycielem.