Abbas nowym szefem Autonomii Palestyńskiej

Mahmud Abbas wygrał niedzielne wybory na szefa Autonomii Palestyńskiej. Nie oznacza to jednak szybkiego pokoju z Izraelem. - Abbas skazany jest na żmudne negocjacje z palestyńską opozycją. Izrael będzie musiał poczekać - twierdzą obserwatorzy.

Według pierwszych szacunków Abbas otrzymał 66 proc. głosów Palestyńczyków, a jego główny kontrkandydat Mustafa Barghuti - 20 proc. Wbrew obawom Abbasa frekwencja była dość wysoka - ok. 65 proc. Oznacza to, ze stosunkowo niewielu Palestyńczyków posłuchało apelu o bojkot wyborów, który w sobotę powtórzyli liderzy Hamasu i Islamskiego Dżihadu ze Strefy Gazy.

Niska frekwencja mogłaby obniżyć rangę nowego przewodniczącego Autonomii. - Nieobecność przy urnach to znak, że znaczna część Palestyńczyków nie chce mieć nic wspólnego z obecnymi władzami Autonomii ani z układnym wobec Izraela Abbasem - zastrzegali już w niedzielę islamiści.

Palestyńskie wybory dalekie były od zachodnich standardów. Izraelskie blokady uniemożliwiły głosowanie 5 tys. Palestyńczyków z południowej Strefy Gazy. Wielu mieszkańców Jerozolimy wschodniej nie zdążyło zagłosować w pięciu zatłoczonych urzędach pocztowych. W Jerozolimie nie otwarto zwykłych lokali wyborczych, bo całe miasto jest formalnie częścią Izraela, a nie Autonomii Palestyńskiej.

- Nie tylko Izraelczycy są winni błędów. Abbas złamał w sobotę i niedzielę ciszę wyborczą, królował w państwowych mediach. Chciałbym też zbadać, czy finansowanie jego kampanii wyborczej było uczciwe - mówił wczoraj Mustafa Barghuti.

Pomimo nieprawidłowości pierwsze od ośmiu lat palestyńskie wybory przebiegały bardzo spokojnie. - Jestem tym zachwycony - mówił w niedzielę Mahmud Abbas. Po śmierci w listopadzie Jasera Arafata wielu obserwatorów obawiało się, że Autonomia zamieni się w arenę zbrojnych walk o władzę między islamistami i partią Arafata Fatah, którą Palestyńczycy obarczają winą za korupcję i chaos w Autonomii. - Jeszcze przed miesiącem obawiałem się anarchii, ale jest lepiej, niż myślałem - mówi izraelski politolog Jossi Alfer.

Mahmud Abbas jest ceniony przez Zachód za umiarkowane poglądy, apele o zakończenie intifady i gotowość do rozmów pokojowych z Izraelem. - Dzień po wyborczym zwycięstwie Abbas powinien zacząć walkę z terroryzmem. Uwolnimy palestyńskich więźniów, jeśli władze Autonomii dołożą starań, by skończyć z prowadzonym przez islamskie bojówki w Strefie Gazy ostrzałem moździerzowym - ogłosił wczoraj Silwan Szalom, szef izraelskiego MSZ.

Obserwatorzy ostrzegają jednak, że izraelskie żądania przekraczają możliwości Abbasa. - Szef Autonomii mógłby posłać całą swą policję do Gazy, żeby spacyfikować tamtejszych islamistów. Ale to byłby początek palestyńskiej wojny domowej - twierdzi palestyński politolog Chalil Szikaki. Czy rozumieją to Izraelczycy? - Premier Ariel Szaron nie ma wyrozumiałości. Jeśli palestyńskie ataki szybko się nie skończą, rozmowy pokojowe nie ruszą z miejsca. Będzie tak samo jak za Arafata - mówi David Kaplan, prawicowy izraelski komentator.

Abbas liczy jednak na pokój. By go osiągnąć, musi wciągnąć do rządu islamistów, który dotychczas bojkotowali władze Autonomii jako "zdradziecki owoc układów z Żydami". Abbas ma nadzieję, ze hamasowcy wezmą udział w czerwcowych wyborach parlamentarnych. - Nawet terroryści mogą się stać normalną siłą polityczną - mówi Chalil Szikaki. Hamas jest zbyt popularny, by móc go ignorować. - Lepiej oddać im część wpływów, niż czekać, aż sami zdobędą władzę karabinami - przyznaje Chalil Szikaki.

Udział Hamasu we władzach Palestyny to także gwarancja, że przyszłe układy z Izraelem nie będą sabotowane przez tę organizację. Powodzenie planów Abbasa zależy teraz jednak od Ariela Szarona. Musi on dać Abbasowi dość czasu na negocjacje z islamistami i nie uzależniać od ich wyniku rozpoczęcia rozmów z władzami Autonomii. - Kiedyś musieliśmy przywyknąć do rozmów z terrorystą Arafatem. Dziś musimy przyzwyczajać się do hamasowskich ministrów w przyszłym rządzie Autonomii - mówił w niedzielę jeden z izraelskich obserwatorów.