W niedzielę Palestyńczycy wybiorą szefa Autonomii Palestyńskiej

Mahmud Abbas walczy o frekwencję w wyborach na szefa Autonomii Palestyńskiej. Antyizraelską retoryką chce przyciągnąć do urn palestyńskich radykałów. Sondaże wciąż jednak pokazują, że w niedzielę może zagłosować mniej niż połowa Palestyńczyków.

Jak wynika z ostatnich sondaży, na Abbasa chce głosować ok. 70 proc. ankietowanych, ale może się też okazać, że w niedzielę do urn pójdzie mniej niż połowa uprawnionych.

Piątkowe przemówienie na wiecu w Jerozolimie Wschodniej miało być zwieńczeniem kampanii Abbasa. Jednak w ostatniej chwili polityk odwołał przyjazd do "stolicy niepodległej Palestyny", bo - jak tłumaczył - nie chce tam przemawiać w "asyście izraelskich ochroniarzy".

Dla Palestyńczyków trudniej o bardziej wyraziste przesłanie. - Moja noga nie postanie w Jerozolimie, dopóki nie wyzwolimy Palestyny spod izraelskiej okupacji - powtarzał od lat zmarły w listopadzie Jaser Arafat. Umiarkowany Mahmud Abbas po raz kolejny w tej kampanii odwołał się więc do najradykalniejszych haseł charyzmatycznego poprzednika.

Od początku tygodnia Abbas zdążył ogłosić rezygnację z rozbrajania palestyńskich bojówek i postulat powrotu palestyńskich uchodźców na tereny, gdzie w latach 40. XX w. powstał Izrael. Zapowiedział też walkę o odzyskanie z rąk żydowskich całej Jerozolimy, a terrorystów samobójców czcił w Rafah jako bohaterów i męczenników. By rozwiać wątpliwości Zachodu zdumionego przemianą "gołębia", nazwał Izrael "syjonistycznym wrogiem", odwołując się do języka fanatyków marzących o likwidacji państwa żydowskiego.

- Długo milczeliśmy, ale ostatnie zachowana Abbasa są nie do przyjęcia. Jeśli nie wycofa się z deklaracji ostatniego tygodnia, trudno będzie rozmawiać z nim o pokoju - mówił izraelski wicepremier Ehud Olmert.

Obserwatorzy są zgodni, że "nowy Abbas" nie wypowiadał własnych poglądów, lecz za pomocą radykalnej retoryki chciał pozyskać głosy palestyńskich radykałów. - Po co? Przecież najnowsze badania dają mu blisko 70 proc. głosów? - pytali izraelscy publicyści.

Wczoraj odpowiedzieli im rzecznicy kilku palestyńskich organizacji zbrojnych. - Abbas wygra wybory, w których nie zagłosuje większość Palestyńczyków. Będzie malowanym prezydentem. Zastrzegamy sobie więc prawo sprzeciwu wobec jego przyszłych układów z Izraelem.

Niska frekwencja to teraz główne zmartwienie Abbasa. Na listach wyborców zarejestrowało się zaledwie 1,1 mln Palestyńczyków ze Strefy Gazy i Zachodniego Brzegu, czyli 60 proc. uprawnionych do głosowania. Nie jest pewne, ilu z nich zagłosuje w niedzielę. Do urn nie może też pójść 1 mln Palestyńczyków z izraelskimi paszportami ani ponad 4 mln Palestyńczyków z obozów dla uchodźców w Jordanii, Egipcie, Syrii i Libanie.

Wybory zbojkotuje większość arabskich mieszkańców Jerozolimy Wschodniej. Są niezadowoleni, że kazano im głosować w urzędach pocztowych, bo Izrael nie zgodził się na otwarcie lokali wyborczych w "odwiecznie żydowskiej Jerozolimie".

- Pierwsze od ośmiu lat ogólnopalestyńskie wybory miały być świętem demokracji. Sęk w tym, że jest coraz mniej chętnych do świętowania - mówił wczoraj palestyński intelektualista Fajsal Hourani.

Skąd groźba niskiej frekwencji w wyczekiwanych od tak dawna wyborach? Bojkotują je palestyńscy islamiści z Hamasu i Islamskiego Dżihadu, którzy uważają Autonomię Palestyńską za "owoc zdradzieckich układów z Żydami" i których Abbas nie zdołał "przekupić" ustępstwami politycznymi.

Islamistom wiatru w żagle dodaje faworyzowanie Abbasa przez Izrael, Amerykę oraz Europę. Zachód ma bowiem nadzieję, że Abbas szybko wycofa się z retoryki wojennej i wróci do czasów sprzed śmierci Arafata, kiedy wzywał do negocjacji pokojowych z Izraelem i potępiał zbrojną intifadę jako "jeden z największych błędów Palestyńczyków".

Zdaniem Mustafy Bargutiego, najważniejszego rywala Abbasa (może liczyć na 20 proc. głosów), szef Organizacji Wyzwolenia Palestyny był jedynym bohaterem państwowych mediów, a nawet panarabskiej telewizji al Dżazira, która nie przepada za palestyńską opozycją od czasu, kiedy Hamas przegnał jej reporterów ze Strefy Gazy. Abbas miał też otrzymywać największe finansowe wsparcie z Zachodu i korzystał ze swobody przemieszczania się w całej Autonomii Palestyńskiej, podczas gdy jego rywale nie byli wpuszczani przez Izraelczyków do Jerozolimy i wielu miast na Zachodnim Brzegu. - Cóż to za demokracja? To farsa sponsorowana przez Żydów i Amerykę. Dobrze, że nie bierzemy w tym udziału - mówił wczoraj jeden z szefów Hamasu na Zachodnim Brzegu.