"Doktor Haust" - premiera w sobotę w warszawskim Teatrze Studio

Jesteśmy grupą wariatów, którzy chcą za pomocą swoich utworów artystycznych wyrażać swoje poglądy - rozmowa z Magdaleną Piekorz i Wojciechem Kuczokiem, reżyserką i autorem spektaklu ?Doktor Haust.

Roman Pawłowski: "Doktora Hausta" realizuje ta sama ekipa, która pracowała przy filmie "Pręgi". Dlaczego postanowiliście działać razem?

Magdalena Piekorz: Stwierdziliśmy, że teatr to kolejne wyzwanie, w którym możemy się sprawdzić. Obok mnie, Wojtka Kuczoka i Michała Żebrowskiego w skład grupy wchodzi Adrian Konarski, autor muzyki i operator Marcin Koszałka, który realizuje światło. Dołączyła do nas Justyna Smolec, scenograf. Przy spektaklu nie pracuje z nami nasz montażysta Wojtek Mrówczyński.

Założyliście firmę Darklight Film Studio, jaka idea temu patronowała?

Magdalena Piekorz: Zainspirowały nas opowieści o dawnych zespołach filmowych, takich jak Tor, gdzie istniała wymiana doświadczeń, wszyscy sobie nawzajem służyli radą. Każdemu potrzebne jest poczucie, że idą za nim podobnie myślący i czujący ludzie. Tego brakowało mi na studiach. Każdy bał się, że inni ukradną jego pomysły. Darklight powstał z inicjatywy Marcina Koszałki i jego siostry Małgosi Kończakowskiej-Kumali, która jest producentką. Zainwestowaliśmy w sprzęt: zestaw montażowy i dźwiękowy, kamerę. Ostatni film dokumentalny Marcina "Jakoś to będzie" produkował właśnie Darklight.

Wojciech Kuczok: Ktoś powiedział, że film nie może być sztuką, bo jest dziełem grupowym, pomijając nieliczne przypadki kina autorskiego. Jeżeli rodzi się z niego sztuka, jest to wynikiem zbiegu okoliczności. Po pracy nad "Pręgami" wiem, że film może być dziełem sztuki, jeśli grupa, która go tworzy, jest nieprzypadkowa. Dlatego bardzo dobrze, że w naszej ekipie dobrały się osoby, z których każda reprezentuje inną dziedzinę i każda jest w swojej dziedzinie spełniona. Nie ma mowy o rywalizacji, jest współpraca. Jesteśmy grupą wariatów, którzy cierpią na podobny rodzaj szaleństwa: chcą za pomocą swoich utworów artystycznych wyrażać swoje poglądy. W tym sensie odżyła w nas dawna dobra tradycja zespołu filmowego czy teatralnego.

Magdalena Piekorz: Nie znaczy to, że wszystko, co robimy, musi przechodzić przez studio. Nie chcemy ograniczać się w indywidualnych działaniach. Dla nas Darklight to także hasło - oznacza przynależność do grupy ludzi, którzy wspierają się w artystycznych działaniach.

Co Was łączy?

Wojciech Kuczok: Dobrali się ludzie, którzy poczuli, że razem chcieliby coś powiedzieć o świecie i o sobie, bo w podobnie pojmują świat.

Magdalena Piekorz: Choć różnimy się emocjonalnie. Pytanie, które stawialiśmy w "Pręgach" - dlaczego będąc dorosłymi, nie potrafimy być dojrzali - dotyczyło każdego z nas.

A wiek? Czy to zbieg okoliczności, że wszyscy macie po blisko trzydzieści lat?

Wojciech Kuczok: Nasze bycie w historii jest podobne, to samo znaczyły dla nas ważne wydarzenia ostatnich 30 lat. Należymy do tych, którzy czują się pogubieni i nie bardzo potrafią odnaleźć swoje miejsce w poprzestawianym świecie.

Przedstawiciele Waszej generacji twierdzą, że nie ma dla nich miejsca w rzeczywistości, bo wszystkie atrakcyjne posady pozajmowali starsi. Tymczasem Wam udało się osiągnąć sukces.

Wojciech Kuczok: Nie utożsamiam się z "generacją nic", o której pisał w "Gazecie" Kuba Wandachowicz. Jednak rzeczywiście naszym wspólnym pokoleniowym przeżyciem była bolesna depresja, w którą człowiek wpada po skończeniu studiów. Strącenie do piekła bezrobotnych, bez prawa do zasiłku. Doznałem tego na własnej skórze: apokaliptyczne kolejki w urzędach pracy, poczucie zupełnej bezwartościowości i panika, co robić? Pojawił się wtedy odruch wycofania - i tak nie nadążę, i tak się nie przebiję.

Jak to się stało, że słabość zamienił Pan w siłę?

Wojciech Kuczok: Uratowało mnie pisanie. Dla wielu z nas twórcze spełnienia są zarazem sukcesem i ostatnią deską ratunku. Gdybym nie mógł pisać, a Marcin - kręcić filmów, bylibyśmy wykluczeni. Inaczej jest z Magdą, ona poradziłaby sobie w wielu dziedzinach.

Magdalena Piekorz: Miałam momenty załamania, kiedy z dnia na dzień dwa moje projekty filmów upadły, bo nikt nie chciał zaangażować debiutantki. O pracę trzeba walczyć i wielu ludziom nie starcza determinacji. Miałam dużo szczęścia, pierwszy dokument zrobiłam na studiach dzięki Andrzejowi Fidykowi i redakcji filmu dokumentalnego TVP. Ale nie poradziłabym sobie bez pomocy rodziny.

Wojciech Kuczok: Tych parę książek mogłem napisać, bo bardzo długo wisiałem na rodzicach. Nienaturalna sytuacja. Coraz więcej młodych ludzi rezygnuje z wyścigu szczurów i chowa się w dzieciństwo przedłużone w zaawansowaną dorosłość.

Jakie są następne plany firmy Dark Light?

Magdalena Piekorz: Chcemy nakręcić film o Śląsku, do którego zachęca nas Kazimierz Kutz. Wojtek pochodzi z Chorzowa, ja wychowałam się na górniczym osiedlu koło kopalni Katowice, gdzie pracował ojciec. Chcemy opowiedzieć, jak się zmieniła śląska rodzina pod wpływem przemian. Będzie to film o męskiej przyjaźni dwóch górników w obliczu rozpadu kopalni. O zapomnianych wartościach, takich jak lojalność czy patriotyzm, które nam wydają się ważne.

Wojciech Kuczok: Ale też o olbrzymich kosztach psychicznych przemian. W jaki sposób psychika człowieka może być poharatana przez syndrom bezrobocia i bezradności.

Magdalena Piekorz: Zwolnieni górnicy zapadają na ciężkie choroby, niektórzy zamykają się w piwnicy na wiele dni, kwitnie prostytucja, która wywraca do góry nogami tradycyjny model śląskiej rodziny. Wiemy, że włożymy kij w mrowisko. Możemy się na to odważyć, bo nie mamy obciążeń z przeszłości.

A co powiedzielibyście swoim rówieśnikom, którym jeszcze się nie udało przebić?

Magdalena Piekorz: Żeby się nie poddawali. Potrzebny jest łut szczęścia, ale najważniejsza jest cierpliwość. Trzeba spokojnie robić swoje i czekać na swój moment. Wierzyć, że przyjdzie.