Polscy stoczniowcy masowo wyjeżdżają na Zachód

Zarobią kilka razy więcej niż w Gdańsku czy Szczecinie. Czy naszym stoczniom grozi załamanie produkcji?

Roman Gałęzewski, szef "Solidarności" w Stoczni Gdańskiej, czuje się bezradny. - Oferowane przez zachodnie stocznie warunki są nie do odrzucenia: mieszkanie, kurs języka, 40-60 zł na godzinę, podwyżka po trzech miesiącach, a po roku na koszt pracodawcy można sprowadzić rodzinę i uzyskać pomoc w znalezieniu dla nich pracy. To kilka razy więcej, niż mogą zarobić u nas - mówi związkowiec. - Już ponad połowa naszych ludzi załatwiła sobie wszystkie papiery i czeka na wyjazd.

Zachodnie stocznie poszukują: spawaczy, monterów, konstruktorów, elektryków. Praktycznie każdy wykwalifikowany pracownik z kilkuletnim stażem w zawodzie ma szanse na intratny kontrakt w stoczniach w Irlandii, Anglii, Niemczech czy Skandynawii.

- Jestem załamany. Codziennie na moje biurko trafia kilkanaście podań o zwolnienie. Z zasady odmawiamy, ale co to pomaga? Następnego dnia i tak rzucają pracę - opowiada Bogdan Oleszek, dyrektor administracyjny Stoczni Gdańskiej. - W ostatnich miesiącach odeszło kilkuset najlepiej wykwalifikowanych pracowników. Nie wiem, co zrobimy, jeżeli taka tendencja się utrzyma.

Identyczne kłopoty ma Stocznia Gdynia. - Jestem w stanie zatrudnić każdą liczbę spawaczy. Organizujemy też kursy, ale nowy, niedoświadczony spawacz nie zastąpi fachowca z kilkuletnim stażem. To zupełnie inna jakość i wydajność - mówi prezes Jerzy Lewandowski.

Jego zdaniem odpływ pracowników to zjawisko niebezpieczne dla całej branży: - Zastanawialiśmy się nad pozyskiwaniem ludzi zza naszej wschodniej granicy. Niestety, stamtąd posiłków nie będzie. Rosjanie czy Ukraińcy jak już decydują się na pracę za granicą, to wolą jechać na Zachód. Oni też potrafią liczyć.

- Cały czas szkolimy nowych, ale co z tego, skoro najlepsi odchodzą - narzeka Jacek Tatarowicz, dyrektor ds. produkcji Stoczni Szczecińskiej Nova. - Cała Europa postawiła teraz na przemysł okrętowy, Niemcy oddają w tym roku 172 statki. To chyba ich rekord. Do roboty wzięli się też Duńczycy, Norwegowie i Finowie. I tak jest taki boom, że w żadnej stoczni nie wciśnie się teraz zamówienia.

Czy kłopoty kadrowe powodują zakłócenia produkcji w polskich stoczniach? O tym dyrektorzy mówią niechętnie. - Pewnie, że jak się ma stałą załogę, to człowiek wie, na co może liczyć. A tak to cały czas wszystko się chwieje - mówi Tatarowicz. - Cóż, pozostaje nam tylko dalej szkolić, bo z poziomem zarobków z nimi się nie zrównamy. Może to się w końcu ustabilizuje.

- My proponowaliśmy dyrekcji, aby to opanować. Dogadać się z zachodnimi stoczniami, proponować im krótkie kontrakty, zrobić rotację - mówi Gałęzewski. - Nie chciano z nami rozmawiać. Teraz wymknęło się to już z rąk. Od nas najpierw pojechało dziesięciu. Poprzysyłali adresy, kontakty i za nimi idzie reszta. Teraz żaden pośrednik nie jest im potrzebny.

Spółka Gryfia Servis (wykonawca w Stoczni Gryfia) ściągnęła już pierwszą grupę spawaczy z Ukrainy. W tym tygodniu wejdą na statki. Prezes wysłał na Ukrainę umyślnego, który ma ściągać najlepszych fachowców. Henryk Stasiak kierujący wydziałem kadłubowym w Gryfii przyznaje, że szczeciński rynek jest wypłukany z fachowców: - Nawet dziś mógłbym z powodzeniem przyjąć na wydział 50 ludzi, ale nie mam chętnych.

Spawacz, monter kadłubów, monter wyposażenia ze sporym stażem zarabiają w polskich stoczniach ok. 12 zł brutto na godzinę. Ich miesięczne wynagrodzenia sięgają 2500-2800 zł. W Niemczech na tych samych stanowiskach można zarobić 12-16 euro za godzinę, w wielkiej Brytanii 8-10 funtów.

W tym roku tylko przez urzędy pracy spawaczy szukali pracodawcy z kilku innych krajów, m.in. Cypru (praca za blisko 1300 euro miesięcznie) i Czech (11,5 do 22 tys. koron miesięcznie).

Nikt nie wrzeszczy i mogę nawet wypić kawę

Dlaczego Pan wyjechał?

Piotr Wiśniewski (34 l.) z Polic, który od czerwca 2002 r. pracuje jako spawacz w Norwegii: To był rzut na taśmę. Moja spółka kooperowała ze Stocznią Szczecińską i razem z nią upadła. Musiałem utrzymać rodzinę. Miałem wybór: albo zmienię zawód, albo wyjadę. Szybko się zdecydowałem na wyjazd, choć miałem duże obawy, bo tu byłem majstrem, tam miałem być robotnikiem fizycznym. Okazało się, że czasem rzuty na taśmę są dobre.

Lepiej się tam pracuje?

- Spokojnie, wygodnie. Wszystko jest zaplanowane. Nikt nie wrzeszczy. Mogę nawet wypić kawę w trakcie pracy. Staram się działać jak najlepiej, sprawnie i dokładnie. Wiem, jak pracować i za co pracuję.

Za co?

- Tu wykwalifikowany pracownik może ponoć wyciągnąć 2-2,5 tys. zł miesięcznie. Tam w normalnym czasie pracy - 7,5 godz. dziennie - zarabia się dwa, trzy razy tyle. Prócz wypłat mamy zapewnione lokum i wyżywienie.

Nie tęskni Pan za rodziną?

- Pewnie, że tęsknię. Ale teraz mam tak ustawioną pracę, że albo pracuję trzy tygodnie, a potem mam tydzień urlopu, albo sześć tygodni pracuję i dwa tygodnie odpoczywam.

Był Pan wcześniej za granicą?

- Nie. Właściwie pierwszy raz wyjechałem do Norwegii. Ale teraz, jak inni opowiadają o Unii Europejskiej różne dziwne rzeczy, boją się jej, to ja tłumaczę, że nie taki diabeł straszny, jak go malują. Warunek to znać język. Często w Norwegii spotykam Polaków z tabliczkami, którzy ani słowa nie potrafią powiedzieć. Ja znałem angielski i to mi pomogło. Dziś dogaduję się już po norwesku.