Generałowie z Korei Płn. uciekają do Chin

Wyżsi oficerowie i ludzie z aparatu partyjnego Korei Północnej coraz powszechniej uciekają do Chin. Może tam być już 10 proc. północnokoreańskiej generalicji

Do ucieczki nie pcha ich głód, bo w Korei Północnej ludziom władzy żyje się dobrze - mają dostęp do zachodnich dóbr, zamkniętych klinik, specjalnych pokazów filmowych. Mimo to w ostatnich miesiącach do Chin wyjechały dziesiątki, a może nawet setki generałów i aparatczyków - potwierdziły w piątek źródła w Korei Południowej i Chinach.

Do ucieczek dochodzi zwykle podczas zagranicznych wyjazdów służbowych - członkowie delegacji oddalają się od grupy i już nie wracają. Podczas wcześniejszych delegacji przyszli uciekinierzy robią rekonesans, starając się zorganizować sobie i rodzinie przyszłe życie za granicą.

Na początku roku głośna była sprawa ucieczki O Se Wuka, syna generała odpowiedzialnego za tajne misje zagraniczne. O Se Wuk przepłynął Morze Japońskie i dotarł ponoć do USA. - To był szok dla establishmentu - mówią analitycy. Amerykanie, którzy dotąd zmuszeni byli przyznać, że trudno im ocenić stan północnokoreańskiego programu nuklearnego, bo brakuje im agentów w Korei Północnej, teraz zapewne zyskali źródło nieocenionych wiadomości.

Dlaczego towarzysze uciekają

Decyzja o ucieczce jest wyjątkowo dramatyczna, bo obowiązuje zasada zbiorowej odpowiedzialności - za czyn uciekiniera konsekwencje ponoszą krewni. W tym roku drakoński kodeks karny został jeszcze bardziej zaostrzony.

Dlaczego mimo to ludzie reżimu uciekają? - Boją się aresztowań - mówi Zhao Huji, jeden z najlepszych chińskich ekspertów od Korei Północnej. - Wielu też nie zgadza się z tym, co robi reżim, i nie umie pogodzić się z metodami rządzenia.

To ludzie władzy mają najlepsze wiadomości o paranoi dyktatora Kim Dzong Ila, przy którym nikt nie może być pewien, że następnego dnia obudzi się we własnym łóżku.

Analitycy cytowani w piątek przez Agence France Presse uznali za prawdopodobną wcześniejszą wiadomość "New York Timesa", że w Chinach jest już jedna dziesiąta północnokoreańskiej generalicji. "New York Times" powołał się na wydawcę południowokoreańskiego przeglądu "Monthly Chosun", któremu podczas wizyty w północnych Chinach władze pokazały północnokoreańskie plakaty "Pilnie ścigany". Są na nich podobizny generałów Kima, którzy uszli do Chin z rodzinami. Od swych chińskich rozmówców wydawca dowiedział się też o czterech generałach przyjętych na służbę chińską w wojskowym okręgu Shenyang przy granicy z Koreą.

Uciekają jednak nie tylko ze strachu przed szaleństwem Kima. - Od wojskowego wysokiej rangi usłyszałem, że boi się, by z chwilą upadku reżimu zwykli ludzie go nie ukamienowali - opowiada Kim Sang Hun, działacz organizacji humanitarnej z Seulu.

Podobno myśl o ucieczce zaczyna prześladować nawet niektórych pracowników budzącej grozę Agencji ds. Bezpieczeństwa.

Zdaniem ekspertów jest jeszcze inny powód - aparatczycy po prostu tracą wiarę. Jako jedyni mogą podróżować za granicę i przekonać się na własne oczy, czy Korea Północna jest "rajem na ziemi".

Jadą do Chin, ale niektórzy marzą, by trafić do wroga nr 1, czyli USA. Unikają za to Korei Południowej, gdzie Phenian ma wielu szpiegów. - Po prostu boją się, że zostaną zamordowani - mówi Hiroshi Kato, szef japońskiej organizacji pomocy uchodźcom północnokoreańskim.

Kim jest mocny

Czy to początek końca reżimu? W listopadzie dyplomaci w Phenianie zauważyli, że w niektórych budynkach zniknął obowiązkowy portret Kim Dzong Ila. Wiązali to albo z depresją władcy po śmierci ukochanej kobiety, albo z próbą ograniczenia przez niego samego własnego kultu. Jednocześnie monopol informacyjny pomału pęka, sporadycznie pojawiają się antyreżimowe ulotki i plakaty, niektórzy używają nielicznych jeszcze telefonów komórkowych, by przekazywać informacje za granicę. Za to wszystko grożą tortury i śmierć.

Mimo to analitycy uważają, że Kim Dzong Il nadal rządzi żelazną ręką. - Jest potężniejszy niż kiedyś Mao Zedong w Chinach - mówi Cui Jingjiu, emerytowany ekspert koreański Uniwersytetu Pekińskiego i kolega Kima z czasów studiów. Do niedawna Cui utrzymywał z Kimem kontakt.

- W Korei Północnej nie ma Liu Shaoqi i Deng Xiaopinga - mówi Cui. Liu i Deng, starzy towarzysze Mao, cieszyli się wielkim prestiżem, nawet gdy przewodniczący ich prześladował. - W Korei Północnej ludzie nr 2, 3 i 4 już nie żyją. Cała władza jest w ręku jednego człowieka. Na pewno w kręgach władzy są ludzie niezadowoleni z Kima, ale nie są w stanie zewrzeć szeregów. Są pochłonięci zabieganiem o łaski władcy, a jednocześnie strzeżeniem własnej głowy - mówi Cui.