Segregacja klasowa w polskich szkołach

Publiczne szkoły nadal dzielą uczniów. Dzieci bogatszych rodziców i te z uboższych rodzin trafiają do różnych klas. Osobno uczą się i te z miasta, i te ze wsi. Segregację widać na dodatkowych zajęciach i w stołówkach

Przerwa obiadowa w podlubelskiej podstawówce. Janek bierze zupę sfinansowaną przez ośrodek pomocy społecznej. Szybko zjada i czeka w kolejce na dokładkę - a nuż zupa zostanie. Oboje rodzice nie mają pracy.

Tomek pokazuje bon i odbiera z okienka pachnącego schabowego. Jego rodzice pracują jako urzędnicy.

- Tak jest w niektórych szkołach - opowiada lubelski kurator Waldemar Godlewski.

Nie tylko tam. Na Dolnym Śląsku postanowili problem rozwiązać i... oddzielają grupy dzieci. Żeby ci od zupy nie widzieli tych od kotleta.

Podziały wśród dzieci zaczynają się już wśród przedszkolaków. Na przykład w Małopolsce przynajmniej w kilku przedszkolach część dzieci dostaje obiady, za dodatkowe opłaty rodziców, pozostałe jedzą wtedy kanapki z domu.

Segregacja uczniów w szkołach publicznych jest powszechna. "Gazeta" na początku lipca alarmowała: w miastach segreguje dzieci co piąta podstawówka i nawet w co drugie gimnazjum. Stwierdzili to naukowcy z Uniwersytetu Warszawskiego, którzy przeprowadzili badania Instytutu Spraw Publicznych, wykonywane na zlecie MENiS.

Badania kuratoriów zarządzone po tej publikacji "Gazety" potwierdzają, że segregacja istnieje we wszystkich regionach, choć na podstawie owych badań trudno określić jej skalę (patrz ramka). Daje się za to opisać powtarzające się formy segregacji.

Dzielą wyniki w nauce

Szkoła Podstawowa nr 2 w Pruszczu Gdańskim. Dzieci uczą się tu angielskiego od I klasy. W czerwcu trzecioklasiści pisali test ze znajomości tego języka. Gdy przyszli do szkoły we wrześniu, podzielono ich. Kto napisał test dobrze - trafił do klasy IVa lub IVb i miał cztery godziny angielskiego w tygodniu. Komu poszło słabiej - znalazł się w IVc, gdzie lekcje z tego języka są tylko dwa razy w tygodniu. "Gorsza klasa" - tak mówili o niej uczniowie, nauczyciele, rodzice. Kontrola z kuratorium, która po artykule w lokalnym wydaniu "Gazety" ruszyła do szkoły, stwierdziła, iż test sprawdzał także wiedzę, jakiej dzieci nie mogły zdobyć w szkole. - Dobrze poszło temu, kto dodatkowo uczył się prywatnie - opowiada Elżbieta Kłeczyk z kuratorium. Do klasy c trafili uczniowie z biedniejszych rodzin, których nie stać było na takie kursy.

Po kontroli dzieci wróciły do starych klas i wszystkie mają po cztery godziny angielskiego, choć te dwie dodatkowe godziny dla jednych to zajęcia zaawansowanych, a dla słabszych zespół wyrównawczy.

W kilku województwach, m.in. w Wielkopolsce czy na Lubelszczyźnie, uczniowie przyjmowani do rejonowych gimnazjów są nieraz rozdzielani do I klas według wyników sprawdzianu na koniec podstawówki. - To niedopuszczalne - denerwuje się lubelski kurator Waldemar Godlewski. - Sprawdzian jest zbyt wątłym kryterium, by tylko na tej podstawie oceniać predyspozycje dziecka - podkreśla.

- Taką segregację często wymuszają na szkole rodzice dzieci, które miały lepsze wyniki - usłyszeliśmy w wielkopolskim kuratorium. - Szkoły się łatwo godzą, zwłaszcza że takie rozwiązania proponują lepiej wykształceni i bardziej wpływowi rodzice - zauważa jeden z poznańskich nauczycieli.

Klasy według portfela

W publicznym IV LO w Bydgoszczy miesiąc nauki kosztuje od 60 do 120 zł, zależnie od profilu klasy. Rodzice płacą za dodatkowe przedmioty. Gdy w marcu sprawę nagłośniła "Gazeta", kuratorium zabroniło takich praktyk. Od września w I klasach nie ma już dodatkowych płatnych zajęć. Pozostały w starszych. - Rodzice nie chcieli, byśmy w trakcie nauki zmieniali programy autorskie - tłumaczy się dyrektor szkoły Hanna Czarkowska.

Są także takie podstawówki i gimnazja (np. w Wielkopolsce), gdzie plan lekcji wyraźnie dostosowuje się do rozkładu płatnych zajęć dodatkowych. Ci, których nie stać, nie chodzą na dodatkową naukę języka obcego, zajęcia sportowe, taneczne czy informatyczne i - jak tłumaczą dyrektorzy - ze względów organizacyjnych - trafiają do osobnych klas.

Segregację według stanu zamożności widać coraz częściej na wycieczkach. W miastach modne są atrakcyjne zagraniczne wyjazdy. Opolskie kuratorium alarmuje, że w szkołach na ich terenie wycieczki dla najzamożniejszych są powszechne. - Jeździ na nie zwykle garstka uczniów pozbieranych z całej szkoły, a nawet kilku szkół - mówi Jan Kubów z opolskiego kuratorium. Uczennica jednego z opolskich gimnazjów (prosi, by nie podawać nawet imienia, "bo będę miała w szkole przechlapane") nie pojechała na wycieczkę zagraniczną w ubiegłym roku. Wyjazd kosztował ok. 1 tys. zł, zapłaciła mniej niż połowa klasy. Dziewczyna opowiada: - Mówiłam, że nie chcę jechać, bo inaczej mamie byłoby przykro, ale oczywiście, że chciałam, tylko skąd wziąć ten tysiąc?

Miejscowi i wioska

W każdym województwie są szkoły, które dzielą dzieci na miejscowych i dojeżdżających. Ci drudzy trafiają do osobnych klas, bo szkołom łatwiej wtedy skoordynować plan lekcji z rozkładem gimbusów dowożących dzieci.

Dojeżdżający nie korzystają z zajęć dodatkowych, także tych bezpłatnych, bo potem nie mieliby czym wrócić do domu. Mają też ograniczony kontakt ze swoimi rówieśnikami z bardziej wykształconych środowisk.

Dyrektorzy bezradnie rozkładają ręce - dowóz do szkoły to wielki problem organizacyjny.

A co na to kuratorzy? Część już wydała tzw. zalecenia, że

dowóz do szkoły nie może decydować o dostępności zajęć dodatkowych. Nakazują, że nie wolno segregować dzieci w stołówkach. Opolski kurator zakazał organizowania drogich wycieczek, a od przyszłego roku tworzenia klas "wiejskich" i miejskich". Mają być kolejne kontrole.W MENiS dopiero zaczyna się przeglądanie kuratoryjnych raportów.

Szczecińscy nauczyciele mówili nam, że jeśli skończy się na administracyjnych nakazach, niewiele się zmieni. Segregacja jest w wielu szkołach zakorzeniona, usprawiedliwia się ją często względami organizacyjnymi. A skutek jest taki, że np. dojeżdżający zgrupowani w jednej klasie postrzegani są jako klasa gorsza, a praca w niej to orka na ugorze. Jeden z nauczycieli ujawnił nam, że w jego szkole za "trud z dojeżdżającymi" wychowawca dostaje później w nagrodę klasę "miejscowych".