Amerykański dezerter Charles Jenkins już na wolności

To finał najdłuższej dezercji w historii armii USA. Sierżant Jenkins spędzi resztę życia u boku japońskiej żony

64-letni sierżant Charles Jenkins, który przyznał się przed sądem wojskowym do dezercji, po odsiedzeniu 25 dni wyszedł w sobotę na wolność. Armia darowała mu pięć dni wyroku za dobre sprawowanie.

Kara spotkała go za ucieczkę 39 lat temu w czasie patrolu do Korei Północnej. Łagodne potraktowanie zawdzięcza Jenkins przede wszystkim swej japońskiej żonie Hitomi Soga, byłej zakładniczce koreańskiego dyktatora Kim Dżong Ila, oraz ogromnej sympatii Japończyków.

W sobotę na 64-letniego Jenkinsa w bazie Camp Zama czekały żona i obydwie urodzone w Korei Północnej córki. Wraz z nimi dezerter wyjechał do rodzinnego miasta Hitomi w północnej Japonii, gdzie zamierza spędzić resztę życia.

O tym, że w Phenianie żyje amerykański dezerter, świat dowiedział się dwa lata temu. Japoński premier Junichiro Koizumi pojechał wówczas do Phenianu i uzyskał pozwolenie na powrót pozostałych przy życiu pięciu porwanych Japończyków i ich rodzin.

Najpierw do Japonii wróciła żona Jenkinsa, dopiero potem on sam z córkami. Po powrocie Jenkins z własnej woli oddał się w ręce amerykańskich żandarmów. Przed sądem powiedział, że uciekł, bo dowiedział się, że jego jednostka zostanie wysłana do Wietnamu.

24-letni wówczas sierżant chciał przedostać się przez Koreę Północną do ZSRR, a stamtąd wrócić do domu w USA. Tymczasem utkwił na 39 lat w Korei. Nie był tam fetowany. Indoktrynowano go przez 10 do 16 godzin dziennie, żył w strachu i głodzie zamknięty wraz z trzema innymi Amerykanami w baraku.

Uczył koreańskich kadetów angielskiego, grywał rolę złego imperialisty w propagandowych filmach i wzywał przez ustawiony na granicy megafon amerykańskich żołnierzy do poddania się. Zeznając, płakał i zapewniał, że kocha Amerykę i każdego dnia chciał do niej wrócić.