Co oznacza zniknięcie z ulic Phenianu portretów Ukochanego Wodza?

Czy zniknięcie z ulic Phenianu portretów Wielkiego Wodza oznacza początek końca reżimu? A może Kim Dzong Il koi w ten sposób ból po śmierci ukochanej?

O tym, że w Korei Północnej, najbardziej izolowanym państwie świata, dzieją się dziwne rzeczy, pierwsi donieśli rosyjscy dyplomaci. Jeden z nich powiedział agencji ITAR-TASS, że z ulic Phenianu zniknęły portrety Kim Dżong Ila, dotąd obecne w każdym zakątku stolicy.

Portrety wodza zwanego oficjalnie Ukochanym Przywódcą Partii i Narodu zniknęły z sal bankietowych koreańskiego MSZ oraz z reprezentacyjnego Pałacu Kultury Ludowej w Phenianie. Na ścianach budynków wiszą natomiast nadal portrety nieżyjącego Kim Ir Sena, twórcy komunistycznej Korei i ojca dyktatora.

Znikł Ukochany Przywódca

Analizy ekspertów na temat wydarzeń w Korei Północnej przypominają czasy, gdy na Zachodzie przepowiednie co do polityki Rosji tworzono na podstawie tego, kto stał w jakiej odległości od Józefa Stalina na trybunie przyjmującej defiladę w Dniu Zwycięstwa. - Dziś mamy satelity, szpiegów, podsłuchy, dogłębną analizę radia i telewizji, ale w sumie wróżymy z fusów - przyznaje w rozmowie z "Gazetą" ekspert Senatu USA.

Czy zdjęcie portretów w ogóle cokolwiek oznacza? Zapewne tak - uważają eksperci, podkreślając, że w stalinowskiej i totalnie izolowanej od świata Korei najmniejsze gesty mają głębokie, ukryte znaczenie.

- Polityczne trzęsienie ziemi można wróżyć choćby z tego, że z oficjalnej tytulatury wodza wyrzucono obowiązkowe wcześniej określenie Ukochany Przywódca - uważa japoński analityk Noriyuki Suzuki.

Nieliczni cudzoziemcy w Phenianie odnotowują kolejne dziwne znaki, np. wysokiego urzędnika reżimu, który przemawia na tle portretu Kima seniora, a nie syna. Albo widok mieszkańców stolicy idących ulicą bez znaczka z portretem Kima w klapie. Wcześniej bez takiej plakietki na ulicy nie pojawiał się nikt.

- Kim Dżong Il demontuje swój kult jednostki - Michael Breen, znawca Korei i autor biografii Kima, jest tego pewien. - Prywatnie Kim był zawsze nieco sceptyczny wobec uwielbienia swej postaci. Dyktator obawia się losu rumuńskiego dyktatora Nicolae Ceausescu, który w 1989 r. został rozstrzelany podczas obalania reżimu.

Raport z Moskwy

"Gazeta" otrzymała wczoraj kopię raportu dyplomatycznego, którego autorem są analitycy ambasady USA w Moskwie. Dyplomaci opisują opinie ekspertów rosyjskich o sytuacji w Phenianie. Według nich Kim Dżong Il przeżywa załamanie psychiczne, a zdjęcie obrazów jest przejawem jego głębokiej depresji.

Kim miał popaść w taki stan po śmierci w lipcu jego ukochanej żony Koh Yung Hi. Zmarła ona na raka piersi po wyczerpującym leczeniu w ekskluzywnej klinice we Francji. I od tego czasu, mówią Rosjanie, Ukochany Przywódca wycofał się z życia publicznego.

Rzeczywiście - po śmierci Koh kraj pogrążył się w oficjalnej żałobie. Armia i policja wprowadziły nadzwyczajne środki przewidziane na wypadek destabilizacji państwa. Dyplomaci mówią, że wymianie ulegli Koreańczycy współpracujący z ambasadami - być może pozbyto się ich na wypadek, gdyby byli nielojalni. Ambasadom odcinano linie telefoniczne, cudzoziemcom utrudniano i tak niełatwe poruszanie się po kraju.

W tym miesiącu Kim przeżył kolejną klęskę, tym razem polityczną - zwycięstwo George'a Busha w wyborach prezydenckich w USA. Korea Północna oficjalnie poparła Johna Kerry'ego, który obiecywał Phenianowi bezpośrednie rozmowy na temat ustabilizowania dwustronnych stosunków.

Przed wyborami w USA, gdy szanse Kerry'ego wyglądały dobrze, Phenian wycofał się z międzynarodowych negocjacji na temat przyszłości Półwyspu Koreańskiego. Koreańczycy liczyli, że Bush przegra, więc nie ma co z nim rozmawiać. Teraz ten krok wygląda na poważny błąd.

To wszystko jednak hipotezy - nikt nie wie bowiem, o czym mówi się w kuluarach władzy w Phenianie. Oficjalne źródła w Seulu bagatelizują całą sprawę, twierdząc, że zdjęcie portretów miało już miejsce w przeszłości.

Odejście Kim Dżong Ila będzie początkiem wielkich zmian w całej Azji. Bez Ukochanego Przywódcy, który wspiera terrorystów i wspomaga irański program nuklearny, świat stałby się bezpieczniejszy. Na razie jednak nie ma powodów do optymizmu. - Pod nieobecność Kima ster w Phenianie przejęli najbardziej twardogłowi z jego otoczenia - uważa Michael Sheridan, dobrze poinformowany korespondent australijskiego dziennika "The Age".