80 lat "Łapy"

"My Pana wszystkie kochamy" - mówiły do Andrzeja Łapickiego kobiety z kilku pokoleń w czasie poniedziałkowego benefisu w warszawskim Teatrze Polskim. W czwartek świetny aktor, zwany w środowisku "Łapą", kończy 80 lat.

Urodził się w Rydze. Jego ojciec był profesorem prawa rzymskiego. Uważa, że inteligencja przeszkadza w zawodzie aktorskim, bo inteligent wstydzi się psychicznie obnażać.

Studiował podczas wojny w tajnym Państwowym Instytucie Sztuki Teatralnej. Po egzaminie końcowym Aleksander Zelwerowicz przepowiedział mu, jak wyobraża sobie plusy i minusy jego kariery. Miał rację w stu procentach.

To piękny mężczyzna, urodzony amant, tyle że ironiczny. "Nie myślałem o Hamlecie, nie marzyłem o Konradzie" - mówi. Gdy grał romantyczną rolę w "Celestynie" Rojasa w reżyserii Schillera, wyłożył się. Kiedy przepraszał za to reżysera, ten odpowiedział: "Nie, nie - dlaczego panie Andrzeju? - pan pięknie machał tym płaszczem".

Występował w teatrach stołecznych: Współczesnym, Dramatycznym, Narodowym i Polskim, którego był też dyrektorem. Najchętniej wraca do roli Arnolfa w "Szkole żon" Moliera.

Od czasów lektury "Trzy po trzy" wielbi Fredrę, którego często wystawiał. W 1995 r. pożegnał się z teatrem jako Radost w "Ślubach panieńskich". "Nie będę grał ciepłych dziadków. Nie zamierzam umrzeć na scenie" - zastrzegł kategorycznie.

Z ról filmowych wyróżnia pięć: u Tadeusza Konwickiego - w "Salcie" i "Jak daleko stąd, jak blisko", i u Andrzeja Wajdy - we "Wszystko na sprzedaż", "Piłacie i innych" i "Weselu". Choć do powojennego polskiego kina właściwie nie pasował, ma klasę i szyk człowieka z innej epoki, więc Konwicki obsadził go w "Lawie" jako cara - dzięki filmom takim jak "Lekarstwo na miłość" kolekcjonował nagrody dla najpopularniejszego aktora.

Scena i film mu nie wystarczyły. Był posłem na Sejm (1989-91) i prezesem ZASP-u (po objęciu tej funkcji w środowisku teatralnym krążyło powiedzenie "Habemus Łapam"), a w latach 1981-87 i 1993-96 rektorem warszawskiej PWST. Błąd popełnił tylko raz - w końcu lat 40. został lektorem Polskiej Kroniki Filmowej: "Z próżności. Nie mam nic na swoją obronę. Wygłupiłem się".

Przed południem można go spotkać w warszawskiej kawiarni Bliklego na Nowym Świecie, gdzie z Konwickim i Gustawem Holoubkiem zgryźliwie komentują świat. Z Konwickim jest też w stałej "łączności telefonicznej".

To dżentelmen, kpiarz i erudyta, także sportowy (w piłkarskiej drużynie aktorów stał na bramce). Ceniąc sobie dystans, także do samego siebie, wycofał się z życia artystycznego: nie gra, nie reżyseruje, jedynie uczy w Akademii Teatralnej. Tylko raz poprosił o rolę, zresztą czterosekundową - w "Panu Tadeuszu" Wajdy jako ksiądz udzielił ostatniego namaszczenia Lindzie-Robakowi.