Sierżant Jenkins winny dezercji

Sprawa sierżanta Jenkinsa zakończona - amerykański żołnierz, który 39 lat temu zdezerterował do Korei Północnej, został skazany na miesiąc więzienia i wydalenie ze służby. Jego zeznanie przed trybunałem wojskowym było niezwykle poruszające

Historia Charlesa Jenkinsa to gotowy temat na film. W 1965 r. młody sierżant zniknął podczas służby w strefie zdemilitaryzowanej oddzielającej dwie Koree po wojnie zakończonej w 1953 r. W środę przed trybunałem w Camp Zana, bazie USA w Japonii, Jenkins opowiadał, jak to w mroźną styczniową noc wypił dziesięć piw, rozładował karabin, przyczepił do niego biały podkoszulek i ruszył przez pole minowe na północ. - Szedłem powoli, żeby nie zahaczyć o minę - mówił 64-letni dziś Jenkins. - Wiedziałem, co robię, ale nie byłem świadom konsekwencji.

Tłumaczył, że bał się zastrzelenia przez północnokoreańskiego snajpera, włączenia do amerykańskich oddziałów "myśliwych-zabójców" polujących na koreańskich żołnierzy oraz przeniesienia do Wietnamu. - Nie chciałem być dłużej w wojsku. Chciałem wrócić do domu. Zrobiłem błąd, że nie poprosiłem o zwolnienie.

Jenkins był przekonany, że Phenian przekaże go Moskwie. Zamiast tego czekało go trudne życie w Korei Północnej. - Nie pamiętam, ile razy byłem bity. Nauczyłem się, że nie wolno odmawiać Koreańczykom z Północy, bo to jest równoznaczne z kopaniem sobie grobu - wspominał.

W Phenianie podano go praniu mózgu. Musiał się uczyć na pamięć dzieł Kim Ir Sena. W latach 80. nauczał angielskiego koreańskich szpiegów; kiedy chciał z tym skończyć, ciężko go pobito.

W północnokoreańskich filmach sierżant rutynowo grywał "amerykańskiego imperialistę". Wielkiej kariery jednak nie zrobił - przez lata mieszkał domu otoczonym drutem kolczastym, bez ciepłej wody, ze sporadycznie włączanym prądem.

Myślał o popełnieniu samobójstwa do czasu gdy w 1980 r. zakochał się. Jego wybranką była młodsza o 20 lat Hitomi Soga, Japonka porwana przez północnokoreańskich agentów, by uczyć szpiegów języka i zwyczajów. Jenkins i Soga wzięli ślub.

W 2002 r. rząd Japonii wynegocjował od Phenianu zwolnienie porwanych Japończyków. Hitomi Soga była w grupie, która po latach wróciła do Japonii. Po kilku miesiącach do zwolnionych zakładników dołączyły ich rodziny - z wyjątkiem Jenkinsa, który bał się, że Japończycy przekażą go armii USA. Za dezercję groziła mu nawet śmierć. Władze w Tokio długo prosiły Waszyngton o szczególne względy dla nieszczęsnego sierżanta. Dopiero tego lata Jenkins spotkał się z żoną i córkami w Indonezji. Potem oddał się w ręce amerykańskiego wymiaru sprawiedliwości.

Wydany wyrok jest bardzo łagodny. Sąd najwidoczniej uznał, że sierżant sam siebie wystarczająco ukarał.