Spór o archiwum poety

Archiwum Zbigniewa Herberta prawdopodobnie zostanie sprzedane do Stanów Zjednoczonych. Decyzja w tej sprawie jest w rękach wojewódzkiego konserwatora zabytków i zapadnie we wtorek

Miejsce, do którego trafi archiwum Herberta, to Biblioteka Rzadkich Książek i Rękopisów Beinecke działająca przy Uniwersytecie w Yale.

Wdowa po poecie Katarzyna Herbertowa mówi, że pieniądze ze sprzedaży archiwum mogłyby utrzymać fundację zasilającą wyjazdy badaczy do Yale.

Dyrektor Muzeum Literatury w Warszawie Janusz Odrowąż-Pieniążek oponuje: - Uważam, że pomysł ze sprzedażą archiwum, jest moralnie nie w porządku. Tu nie chodzi o teksty, które już zostały wydane, ale o badanie powstawania dzieła Herberta. Gdyby na przykład rękopis "Pana Tadeusza" był w USA, musielibyśmy wszystko ustalać na podstawie elektronicznej reprodukcji. Słyszałem, że chodzi o sumę 150 tys. dol., może dałoby się uratować archiwum poprzez publiczną zbiórkę albo dzięki wsparciu jakiegoś bogatego sponsora, np. banku?

Barbara Toruńczyk, redaktor naczelny "Zeszytów Literackich" w ciągu ostatnich sześciu lat zajmowała się archiwum Herberta. - To jest działanie zgodne z wolą poety - mówi Toruńczyk. - Znał warunki tego archiwum i chciał, żeby tam w całości była jego spuścizna. Część przekazał już za życia, w latach 80. Wiedział, co robi. Beinecke Library jest doskonale przygotowana do przechowywania archiwaliów. Wyposażono ją w system, który w razie zagrożenia pożarem po trzech sekundach przerywa dopływ tlenu. Poza tym są tu zgromadzone archiwa Czesława Miłosza, Witolda Gombrowicza, Konstantego Jeleńskiego. Miłosz napisał nawet wiersz "Beinecke Library", z którego płynie zaufanie dla instytucji strzegącej jego zbiorów.

Zwolennicy oddania archiwum Herberta do Beinecke zwracają uwagę, że papier i atrament, z którego składają się rękopisy Herberta, są bardzo liche i w Polsce nie ma nawet środków, by we właściwy sposób przechowywać te papiery.

Formalnie spadkobiercy Herberta mają prawo sprzedać archiwum poety za granicę, ponieważ jako powstałe po 1948 roku nie jest prawnie chronione. Sytuacja mogłaby się zmienić, gdyby wojewódzki konserwator zabytków w Warszawie Ryszard Głowacz uznał je za dobra narodowe, które trzeba traktować w sposób szczególny. Taka decyzja nie została jeszcze podjęta, ale konserwator zasięgał w sprawie opinii m.in. prof. Odrowąża-Pieniążka.