Nowa płyta Kazika

Prawie dwie i pół godziny trudnej, drażniącej muzyki serwuje słuchaczom na nowym albumie ?Czterdziesty pierwszy? Kazik Staszewski.

Tu nie ma przebacz. Na pierwszej od czterech lat solowej płycie z autorskim materiałem (wcześniej były płyty z piosenkami Kurta Weilla i Toma Waitsa) Kazik zmierza w kierunku, który wyznaczył sobie na "12 groszach" i "Melassie". Znów stara się zrywać z wszelkimi schematami. Stawia na muzykę improwizowaną, czasami pozornie pozbawioną struktur, pozlepianą z nieprzystających do siebie elementów. Wciąż czuć anarchistycznego ducha, jaki dominuje na płytach Staszewskiego od czasu jego współpracy z Mazzollem. Z tym że na "Czterdziestym pierwszym" Kazik konsekwentnie oddala się od muzycznego mainstreamu. Choć bardzo zróżnicowane i niełatwe, poprzednie płyty przyniosły mu jednak wielkie przeboje jak "12 groszy" i "Mars napada". Na "Czterdziestym pierwszym" trudno wskazać ich potencjalnego następcę.

Pieśń o Stalingradzie

Ten album przytłacza. Nie tylko wielkością, bo trafiły na niego aż 24 piosenki. Także muzyką. Nerwowa, rozedrgana, zdominowana przez hipnotyczne, ciężkie rytmy sekcji rytmicznej i improwizowane partie instrumentów dętych. Czasem tylko ubarwiana mocniejszym gitarowym riffem czy rozjaśniana wpadającą w ucho melodią.

Na "Czterdziestym pierwszym" słychać yass, reggae, funk, rock, punk. Fragmenty z dawnych przebojów Staszewskiego pojawiają się obok parafrazy motywu znanego z "Jeziora łabędziego". Nowa wersja starej piosenki Polandu (zespołu, z którego wykluł się Kult) pojawia się obok zadziwiającej wersji "Lili Marleen". Ta stylistyczna żonglerka pogłębia wrażenie niepokoju i chaosu. Nawet kończąca płytę wersja piosenki z serialu "Czterdziestolatek" została przez Kazika bezwzględnie odarta ze wszelkich pogodnych cech oryginału.

Co zresztą doskonale koresponduje z tekstami. Kazik często wraca w nich do II wojny światowej. Snuje ponurą historię Ślązaków na froncie wschodnim w trwającym 12 minut (!) "Stalingradzie". Wciela się w prących na Związek Radziecki, a potem z niego uciekających niemieckich żołnierzy w "Naszej kompanii". Opowiada o kolaborancie w "Torturach". Wreszcie proponuje własną wersję wspomnianej już słynnej niemieckiej piosenki "Lili Marleen". Nie jest łatwo wyczuć, gdzie kończy się w tych utworach poważna refleksja, a zaczyna ironiczny dystans. Tak czy inaczej takie nagromadzenie wątków historycznych na pewno zaskakuje.

Poza tym - jak zawsze u Kazika - w tekstach mnożą się opisy polskiej rzeczywistości. W "Bombie" jest to pełna przemocy Polska blokowisk. Z "Polska płonie" wyłania się kraj ludzi rozczarowanych i zniechęconych. "Na lewo most, na prawo most" to Polska afer i przekupnych polityków. A zaraz obok kpi z amerykańskiego prezydenta ("George W. Bush bardzo kocha Polskę") i telewizyjnego "Idola" ("Idol"). Jednak nawet tam, gdzie w tekstach pojawia się humor, nie chodzi o pusty śmiech. To sposób na pokazanie beznadziei świata, próba odcięcia się od rzeczywistości.

Oto autorytet

"Czterdziesty pierwszy" to trudny, momentami wręcz przygnębiający album. Wymagający od słuchacza zaangażowania. Znajdzie uznanie głównie wśród najbardziej oddanych i wyrobionych fanów Kazika. Staszewski już nieraz wystawiał w swej artystycznej podróży fanów na ciężkie artystyczne próby, udaje mu się utrzymać ich przy sobie. To nie tylko kwestia ich muzycznej dojrzałości, lecz także kredytu zaufania, jakim Kazik - jak mało kto - cieszy się w Polsce. W dobie "Idoli", talk-show, płyt dołączanych do kolorowych magazynów i obowiązkowych duetów łączących pokolenia w jedną kochającą się rodzinę pozostaje niezależny. Jest prawdziwą instytucją polskiej sceny muzycznej. Czasami trochę tej pozycji nadużywa, popada w mentorski ton. Wciąż jednak jest autentyczny i wiarygodny. To dzięki temu może pozwolić sobie na płytę tak trudną, niekomercyjną i prowokującą jak "Czterdziesty pierwszy".

Kazik "Czterdziesty pierwszy", SP Records

Czy Kazik jest artystą niezależnym?